Wielkie jest piękne – lotniska i myślenie

Kocham klimat dużych lotnisk. Różnorodność ludzi. Kierunków. Lądujące i startujące samoloty. Czekanie. Bieg jednych , senność innych. Wszyscy jesteśmy tam w tym samym celu. W drodze.

Kocham lot samolotem. Czasami patrzę przez okno, zachwycona chmurami i horyzontem. Czasami horyzontem zdarzeń – po przeżytych wydarzeniach przed lotem. Czasami drzemię w dosłownym poczuciu oderwania od Ziemi. Inny punkt widzenia. Nie przestaje mnie zachwycać. No może nie tak jak za pierwszymi razami, ale jednak.

Ostatnio usłyszałam, że gdańscy celnicy/ osoby kontrolujące pasażerów są niesympatyczni. Nie mam aż takiego porównania, bo byłam kontrolowana na niewielu lotniskach (przypominają mi się na szybko Monachium, Frankfurt, Koeln, Hong Kong, Malmo, Warszawa, czyli statystycznie niewiele), ale wrażenie mam wszędzie takie samo: Celnicy robią swoje. Odpowiedzialność. Gdy myślę o ich odpowiedzialności, to mnie dreszcz przechodzi. Niech robią swoje i będą w tym dobrzy. Oczekiwanie od nich jakieś dziwnej uprzejmości jest niepoważne. Dla mnie ich skupienie jest najzwyczajniej oczywiste. Od ich dokładności zależy, czy np. ktoś nie będzie biegał po samolocie z nożem, albo nie będzie terroryzował ludzi na lotnisku.

Czasami komuś wymsknie się uśmiech przy skończeniu kontroli. Ale to osobliwość, miła, ale nie konieczna. Ja zawsze dziękuję im z lekkim uśmiechem. Bo czemu nie, ale ja jestem tylko człowiekiem w drodze, wyluzowanym pasażerem. Jednym z setek, jakich zobaczą tego dnia. W wielu zawodach można być w miarę wyluzowanym kwiatem lotosu, w niektórych nie. Skupienie, skrupulatność są podstawą. Ciągłe uśmiechanie się przy tym byłoby głupkowate. To jak wyobrażenie uśmiechającego się chirurga w trakcie operacji. Odróżnienie skupienia od uprzejmości nie należy do specjalnych zdolności.

Swoją drogą mało co jest tak przereklamowane jak uśmiech. Hasło „uśmiechnij się”. Nie ufam ludziom wiecznie uśmiechniętym, bo uśmiech musi pasować do sytuacji, emocji, chwili. Przecież on coś wyraża. Jego brak jest czasem o wiele lepszy.

Ale jeśli chodzi o slogany, jeszcze jest „świadome życie”. Jak słyszę slogan- „żyj świadomie”, to się zastanawiam, co za idiota to wymyślił. Wie ktoś? Ale ktoś, kto żyje świadomie, bo wiadomo, jak ktoś żyje nieświadomie, to… Dżiz. Przecież każdy żyje świadomie. Różnorodność tkwi w jej obszarach, poziomie, postrzeganiu, zmianach. Za dużo tych skrótów myślowych w przestrzeni, dlatego się czepiam. Dla higieny.

Wielkie lotniska, cały świat na chwilę zebrany w jednym miejscu. Podobnie jak w wielkich miastach. Kocham to.

Kocham. Być obywatelem świata. Na lotniskach jest to najbardziej odczuwalne. Magia.

Staram się pamiętać, że ludzie będąc w pracy często muszą być tacy czy inni. Wrzucają tryb samodyscypliny. Sama to praktykuję. W takich chwilach pełnej koncentracji szeroki uśmiech jest ostatnim wyrazem twarzy, jaki by pasował do emocji.

Szanuję to i rozumiem u innych. Po prostu. To strasznie ułatwia percepcję i przyjmowanie świata.

Wszędzie.

Zdjęcie: lotnisko Koeln, 09.2017

Reklamy

Warszawa. Da się lubić.

Raz na jakiś czas jestem w Warszawie w weekend. To zupełnie inna Warszawa, niż ta w tygodniu. Warszawa w letni weekend jest cudownie wyludniona i spokojna. Zupełne przeciwieństwo tygodniowego, biznesowego pędu. Jedna i druga da się lubić. Dziś ta weekendowa.

Kilka zdjęć z ogrodu botanicznego przy Łazienkach. Koniecznie warto się wybrać. Dlaczego? Tam nawet motyle są oswojone.

 

Gorąco polecam: „Lekcja stepowania” w Och Teatr. 

Sympatyczna obsada, dobra fabuła i rozkoszne zakończenie 😉

Gdzieś na Nowym Świecie. Siedzisz, pijesz i jesz najlepszego śledzika w tej części Europy. I mówię to jako człowiek morza, czyli Gdańszczanka. Serio. Warszawskie śledziki na jakie dotychczas trafiałam są rewelacyjne.

Ale wróćmy do ogrodu:

Ale wyskoczmy na śniadanie:

Hm. Śniadanie mistrzów. Tego zazdroszczę Warszawie – tu się da zjeść wypasione śniadanie za kilka złotych.

Znowu to miejsce z pysznymi shotami:

I Łazienki! :

Mała ruda miłość moja. Tego stwora karmiłam z ręki, wszedł mi na dłoń. Drżę z zachwytu jeszcze dziś. To był mój zachwyt chwilą, który ciągle trwa. Był to też mój pierwszy raz. Buzi mała :* 🙂

A za chwilę znowu miejsce z shotami:

Jednak wróćmy do ogrodu:

To na koniec shot:

OK, to jeszcze jednak Łazienki:

I wracamy do ogrodu:

To teraz już ostatni:

Rewelacyjne shoty. Mniam.

Ale na chwilę jednak rzut okiem do ogrodu:

To bym chciała zobaczyć w słońcu. Nazywa się słoneczna fontanna i pewnie tak odbija światło.

Tak, Warszawa zdecydowanie da się lubić. Na wiele sposobów. Pewnie, że towarzystwo jest bardzo ważne, ale jednak otoczenie i klimat też mają znaczenie.

 

Zdjęcia: Warszawa, lipiec 2017.

 

Kumulacja ciszy i przestrzeni – uciekam  

Rzadko o tym piszę na tym blogu, ale nic się nie zmieniło – żyję slow. Slow life to niezmiennie mój styl.

Co najlepiej zrobić,  gdy ma się dość?  Gdy życie przyciąga po linie raz za razem? Najlepiej uciec.

Gdy robi się zimno nadmorskie miejscowości zamierają. Życie w nich usypia, jak niedźwiedź na zimę.  Panuje cisza i spokój.  Przechodząc pustymi uliczkami,  aż ciężko uwierzyć,  że jeszcze kilja miesięcy temu i znowu za kilka miesięcy będą tam bezkresne, hałaśliwe, rozbawione tłumy. Knajpki będą tętnić życiem,  ludzie będą szukać rozrywek,  słońca, alkoholu,  ciepła i cienia na zmianę.

Ale nue teraz.

Teraz jest pusto.

pusto i cicho. Słychać tylko szum fal.

Tylko szum fal.



I skwierczenie kominka w jednej z niewielu czynnych restauracji w Dębkach. Dobrze,  że jednak jest gdzie napić się kawy z czekoladą. Po spacerze idealnie.


Kilka godzin ciszy, spokoju, przestrzeni, pustki, zimna.

I można wrócić i iść dalej.

To slow life. Moja równowaga między skrajnościami życia.

A wieczorem dla uzupełnienia, lubię zapalić świecę i po prostu popatrzeć na tańczące na ścianie światło płomienia.  Reset.

Zdjęcia : Dębki,  Jastrzębia Góra 12.2016