Jak tu rozmawiać w tym chaosie?

Ilość komunikatorów może być spokojnie źródłem frustracji.  Sama korzystam z 3 może 4. Bo więcej nie chcę,  chociaż powinnam, gdybym chciała być w tym kanale komunikacji z jeszcze większym gronem osób z grona kontaktów. Nie da się. Szum. Chaos.

Kiedyś sprawa była prosta.  Najpierw szałem był sam telefon. Taki w domu. Kto miał,  ten rządził  wszechświatem, a na pewno mógł się w nim komunikować.

Długo było to ułatwieniem numer jeden.  Potem przyszły komórki i sms.  I to też było dobre, a pierwotny sms miał długość max 160 znaków,  jak dziś Twitter. Nic nie szkodzi. Prawie jednocześnie doszły komputery. I Gadu-Gadu.  Owszem,  wcześniej był IRC, ale na niego nawet ja byłam za młoda. Komunikacja była jednak prosta. Sms albo gg. Owszem,  dochodziły jakieś wariacje,  ale nie wpłynęły na historię świata,  więc spokojnie je pominę.

Nie o historii zresztą chciałam opowiadać.  Chodzi o to,  że kiedyś sprawa komunikacji była prosta. Były określone kanały i w narzędziach nie było chaosu.

To oczywiście cudownie,  że mamy wybór. Uważam jednak,  rozproszenie idzie w stronę nieskończenie wielkiego absurdu.

To jak z filmikami na YouTube.  Panuje taka moda (?), żeby nie polecić czegoś dobrego,  tylko samemu o tym nakręcić filmik. Nieważne,  że trochę wcześniej opowiadał o ktoś inny. W ten sam sposób.  Co w tym złego?  Nie wiem.  To znak czasów. To co kiedyś było bezczelne, nikczemne, karygodne dzisiaj bywa po prostu jakąś aktywnością. I tyle.

Totalnie tego nie rozumiem.  Na tej samej zasadzie wszyscy już piszą książki z kategorii #jakżyć. I wszyscy piszą mniej więcej o tym samym.  Ba, rzadko będąc faktycznie autorkim kreatorem pomysłów czy podejścia. Kiedyś mnie to mierziło, bulwersowało, dziś po prostu unikam tego. To jak przekopiowywane teksty na motto. Już nawet nikogo nie zastanawia „kto to powiedział?”.  Wszyscy czują się współautorami wszystkiego,  na co trafiają. Wśród twórców aplikacji jest podobnie. Setki tego samego w różnych skórkach.

Totalnie rozrasta się rozproszenie. W przebiegu informacji, ale też w kanałach komunikacji. W ilości komunikatorów. Ratunkiem pozostaje normalna rozmowa telefoniczna. Jednak…

Oczywiście pokazuje to tylko,  że to co najlepsze, jest wieczne – spotkać się i porozmawiać 😉

Przed rozwojem technologii należy iść, nie za nim ślepo gonić (jakby to ujął stylistycznie Yoda).

Dla mnie,  człowieka starej daty,  technologie zawsze będą po to, żeby nam służyć,  a nie nami rządzić. Inaczej się pogubimy (co wielu już dopadło). Cywilizacja temu sprzyja. Ja wolę trzymać dystans i pilnować tego,  co najważniejsze w budowaniu relacji. Kanały komunikacji pozostają dla mnie kluczowym punktem, to oczywiste.  Ale setki komunikatorów. Po co to komu? Że tak retorycznie zapytam, bo odpowiedź jest oczywista.

Wyjście na kawę, czy po prostu wspólny czas razem –  odwiecznie bezcenne. Nawet na chwilę.  Między rozmowami telefonicznymi. Relacje to kontakt. To oczywiste. Komunikacja.  Można się miesiącami nie widzieć,  można korzystać tylko z sieci,  ale nie da się mieć relacji korzystając z różnych komunikatorów. No proste. 


Dla mnie styczeń to detoks – omijanie rozproszenia.

Cudownie działa.

I najzabawniejsze,  że zaglądając do netu z tej perspektywy,  aż ciężko się nie uśmiechnąć.  Słychać głośny chichot losu. Wszyscy coś mówią,  nie słuchając się,  nie rozmawiając. Mimo tylu możliwości. A może właśnie przez nie?

Nie wiem.

Dystans i detoks działają cuda.

Nie dajmy się temu chaosowi 😉

Czasy mindfulness w rozkwicie.
Zdjęcie: widok z hotelowego okna. Poznań.  01.2017

Reklamy

Detoks od nachalności reklam

Jest to notka, która jest dla mnie detoksem. Jest to oczywiście trochę dziwne, bo sama jestem marketingowcem i powinnam wspierać trendy. Są trzy punkty, których skala, bo nie sama obecność, zaburza funkcjonowanie w Polsce.  Są trzy obszary, które powodują, że tracimy autentyczną radość, zabijają czekanie, odbierają poczucie spokoju w życiu.

  1. Reklamy okołoświąteczne i świąteczne.
  2. Reklamy leków.
  3. Reklamy kredytów.

Oczyszczę powietrze wizją świata bez tego nachalnego wciskania.

Ad. 1. Reklamy okołoświąteczne i świąteczne.

Sama sobie zazdroszczę dzieciństwa, w którym była prawdziwa magia świąt. Głównie dlatego, że magia to momenty, to te chwile, które trzeba chwycić. Poczuć. Dawno temu naprawdę było to możliwe. Dziś, gdy słyszę o świętach od początku grudnia na każdym kanale informacji, do tego zalewani jesteśmy reklamami, przy czym #poczujmagięprzygotowańdoświąt jest zupełnym przegięciem, to serio mam odruch ucieczki . Ja dzisiaj czekam już tylko żeby ten cyrk się skończył.
Żeby była jasność: Nie ma to nic wspólnego z narzekaniem. To przeogrąmne znudzenie. Przesyt. Przez miesiąc wszystko nam mówi, co mamy czuć. Jak mamy czuć i jak to przeżywać. A jak ktoś chce naprawdę czekać na święta i przeżywać je bez nieustannego rzygania tęczą, to jest niefajny.
Naprawdę zazdroszczę sobie swojego dzieciństwa. Czekanie na święta i same święta były co roku naprawdę wyczekiwanym czasem. Bo nikt nam nie krzyczał z każdego zakamarka, co mamy czuć i robić. Wszyscy sami to po prostu widzieliśmy.
I mieliśmy szczery błysk w oczach.
Bez Photoshopa.

To dotyczy nie tylko Świąt Bożego Narodzenia. To dotyczy wszystkich okazji, z których można wycisnąć klimat szczególności i zapakować w a reklamowy kontekst. Tak, uważam to za problem, bo wszyscy lubimy różnego typu okazje i one nie powstały po to, żeby marketing mógł na nich tańczyć kujawiaka. Urodzin, imienin, walentynek, jubileuszy, rocznic upamiętniających równe wydarzenia nie obchodzi się dla marketingu. Marketing przyczepił się do nich jak huba do drzewa i zachowuje się jak zmutowany pasożyt. Kiedyś wystarczył kalendarz i świadomość, że dane święto się obchodzi. Sposób można było dobrać samodzielnie. To, co się czuło, jakie emocje się z tym wiązały, wynikało z odczuć, przemyśleń, rozmów, wniosków. Nie było aż tak nachalnie wtłaczane , bo jeśli było to tylko w wąskim zakresie. Kanały nacisku były po prostu też inne i miały inną siłę. Dziś nie można przejść ulicą, żeby nie być atakowanym wielkimi banerami mówiącymi nam, jak mamy się czuć i dlaczego. To tak jakby zaprosił nas na randkę facet marzeń a już miesiąc wcześniej ktoś trzeci codziennie i ciągle mówił nam, co mamy robić w ramach przygotowań i jak się czuć. Ta randka ze spełnienia marzenia zamieniłaby się w koszmar. Szaleństwo. A tak się dzieje z każdą okazją na której używa sobie bez hamulców marketing.

  1. Reklamy leków.

To jest niebywałe. Mówi się, że Polacy są w czołówce samoleczenia i zażywania leków, w tym suplementów. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że reklamą leków jesteśmy bombardowani wszędzie. Człowiek może się gorzej czuć już od samej ilości reklam. To niedorzeczne. Jedynym miejscem, gdzie takie reklamy mogłyby być jest apteka, ew. sklepy gdzie można nabyć suplementy. To niedorzeczne, że ludzie się diagnozują w oparciu o reklamy z telewizji, gazet czy internetu. Tak, diagnozują. Reklama im mówi, co na co mają brać. Już nawet często nie pytają lekarza, farmaceuty,  specjalisty, dietetyka, własnego organizmu. Reklama im mówi. Marzy mi się brak reklam leków we wszelkich możliwych mediach. Jeśli coś jest nam potrzebne, to konsultować  z kimś, kto się zna a nie z panem z reklamy.

  1. Reklamy kredytów.

Haczyk tych reklam polega na ty, że kredyt kreowany jest jako produkt dobry  i pozytywny. Nadaje się mu się takie cechy, że aż chce się zacząć marzyć, żeby go wziąć. Nie dość, że jest to produkt bankowy bardzo drogi, wiążący się z długoterminowym zobowiązaniem, to jest nie dla każdego, bo spirali kredytowych jest pewnie więcej niż gwiazd na niebie. Polacy nauczyli się żyć na kredyt też przez to, że tak bardzo bagatelizuje się ryzyko finansowe, jakie się z tym wiąże. Te reklamy tak bardzo budzą czujność i kreują przydatność, że aż trzeszczy. Podejście do kredytu powinno być jak do hazardu. Wolność od zbyt wielu zobowiązań jest ważniejsza, ale o tym oczywiście żadna reklama nie powie.

Bardzo bym chciała, żeby te 3 obszary zostały regulowane jakąś etyką. Jeśli zakaz reklam papierosów i alkoholu nikomu nie zaszkodził i kto chce, ten i tak się napije, albo zapali (chociaż spadek palaczy cieszy oczywiście), a producenci wykazują się większą kreatywnością w wymyślaniu sposobu na kreowanie wizerunku, tak też dałoby się zrobić porządek w tych trzech obszarach.

Wyobraźmy sobie ten świat bez reklam nawiązujących nachalnie do naszego samopoczucia, nie narzucających nam, co mamy czuć, z czego się cieszyć, czym radować, czego bać, czym martwić, nie kreujących naszego życia.

I odetchnijmy głęboko. Samo wyobrażenie już wyciszy i da spokojnie pomyśleć, a na początek to dużo.

Czy jestem przeciwna reklamom? Absolutnie nie. Uważam wiele z nich za po prostu piękne, bądź ciekawe, inspirujące, zabawne, po prostu spełniające swoją rolę. Ale to wyłącznie te, które nie mówią mi, jak mam żyć i nie robią z odbiorcy idioty. Ba, ja nawet nie zakładam, że większość ma taki zamiar. Sama jestem marketingowcem i rozumiem, że pewnie mają jakieś zadania, muszą realizować plany, wykazywać się kreatywnością i chcą się spełniać. Wszystko jasne. Tylko w tym pędzie wszyscy zapomnieli o człowieku. Został produkt, usługa i skuteczność. Często aż wewnętrznie się czuje potrzebę odpoczęcia od tego, czyli od codzienności, tylko dlatego, że jesteśmy w niej przeładowani reklamami. Mocno nie tak powinno być. I nie chodzi o to, że kiedyś było lepiej. Było w tym obszarze NORMALNIE.

 

To elementarne slow life. Czyścić myśli z tych wszystkich śmieci. Tylko pytanie, dlaczego w ogóle musimy?

czemu mi na tym zależy?  Bo też jestem marketingowcem i chciałabym,  żeby świat reklamy był inspirujący i informacyjny a nie męczący. Czekam na Jobsa marketingu,  który wniesie w ten chaos porządek.

#Idealistka

 

Zdjęcie: Scena letnia teatru w Pruszczu Gdańskim. 2015.

7 grzechów ciężkich czytelnika blogów

Grzechy ciężkie czytelników blogów (odbiorców vlogów), to przede wszystkim działania, które szkodzą, przede wszystkim im samym. Popełniający je pozwala, aby umykała mu istota sprawy, albo po prostu traci czas na błąd, który nikogo niczego nie uczy. Tylko po co?

Poniższa lista to naprawdę efekt wielu lat obserwacji (szczególnie, że jestem w polskiej blogosferze prawie od początku), a przede wszystkim wielu rozmów z różnymi ludźmi.

Gotowi?

Czytaj dalej „7 grzechów ciężkich czytelnika blogów”

Leżąc na boku – chcę takich więcej

Pozostańmy w strefie ideałów. Tym razem będzie o marketingu, ale obiecuję, że będzie inaczej.

Jako marketingowiec i osoba odpowiedzialna między innymi za wizerunek firmy – kątem oka zwracam uwagę na to, co się dzieje w marketingu. Śledzę również poniekąd co się dzieje w social mediach, chociaż to obecnie zupełnie nie moje zawodowe pole działania. Trzeba umieć być czujnym. Generalnie nic nowego od dawna nie stwierdzam.

Wróć. To nie prawda. Już jakiś czas temu trafiłam w tv na poniższą reklamę. Zobacz ją:

Czytaj dalej „Leżąc na boku – chcę takich więcej”

Decyduj o swoich ideałach

Będzie bardziej Coehlowo niż zazwyczaj, ale mam wewnętrzną potrzebę. To takie silne coś, co nie pozwala odpuścić. Kto ma bloga, albo coś w tym stylu, ten wie.

No to idziemy z tematem.

Są ludzie, którzy budują swoje życie na cudzych opiniach. I są 3 rodzaje:

  1. Pierwsza grupa to ci, którzy tego świadomie i z premedytacją chcą. Kochają wręcz, gdy ktoś decyduje za nich. Decydowanie, wybieranie ich męczy, denerwuje, stresuje. Nie chcą, nie lubią i szukają kogoś, kto za nich zdecyduje. I są w tym szczęśliwi.
  2. Ludzie, którzy kierują się cudzym zdaniem, chociaż tego wcale nie chcą. Tzn. w danym momencie czy sprawie po prostu ulegają chwili. Nie lubią odmawiać, nie lubią sprawiać przykrości i przez to są sami szalenie nieszczęśliwi, bo nie ma w tym wszystkim miejsca na ich własną decyzję, czy opinię.

  3. To mieszanka 1 oraz 2.

Tym czwarty doskonale wie, jak tego unikać, bo wie, czego chce i nie ma nawet pomysłu, aby pytać innych „jak żyć?”, albo żyć tak, jak inni to sobie wyobrażają. Typ czwarty ma pomysł na siebie i lubi flirtować ze światem cudzych opinii. Nic ponad to.  Dzięki temu idzie swoją drogą, żyje swoim życiem po swojemu i z reguły jest szczęśliwym człowiekiem. Jeśli pozwala innym decydować za siebie, to widocznie są to sprawy, których nie ocenia jako wymagających jego zaangażowania.

A Ty?

Czytaj dalej „Decyduj o swoich ideałach”