Pani od wszystkiego

Tak się zastanawiam, kiedy kobiety pozbędą się tej durnej naiwności?

Ostatnio jechałam sobie do pracy i w radio prowadzący rozmawia sobie z jakąś słuchaczką. Słuchaczka opowiada o tym, jak jej facet zawalił zmywanie naczyń czy coś w tym stylu i ona sama wszystko robi, bo robi to najlepiej. Na co prowadzący mówi – tego się trzymaj, że wy wszystko robicie najlepiej.

Rany. Kobiety, co jest z Wami nie tak???

Read more ›

Tagged with: , , ,
Napisane w 100% bycia 40tką

2017 Kino kobiet 

Kocham filmy o kobietach.  O mężczyznach oczywiście też,  ale o kobietach są bliższe mojemu sercu. Wszelkie ekranizacje biografii Coco Chanel, czy królowej Elżbiety,  albo Diany,  czy Grace Kelly, pochłaniam z pasją. Lubiłabym film o Annie German (co za głos i poplątane życie),  ale serial był dla mnie za długi.  Ja wolę filmy pełnometrażowe jednak od seriali,jeśli mówimy o biograficznym zarysie. 

Oczywiście filmy oparte na życiu kobiet nie ze świecznika również mnie ujmują. Ostatnio filmem takim były „Niewinne” w doskonałej z resztą obsadzie. To są historie, które dotykają bardzo tego, co najbardziej ludzkie i uczą takiej najszczerszej i naprawdę ważnej solidarności. Kobiety potrafią być niesamowite. Oczywiście mężczyźni też.  Nie o nich tu teraz jednak piszę.  Chciałam już napisać,  że o mężczyznach jest znacznie więcej filmów, ale to nie byłaby prawda. Widziałam dziesiątki filmów, żeby nie powiedzieć setki i nie widzę dysproporcji. Dobre kino pochyla się nad postaciami obu płci w miarę równo. 

Bardzo cieszy mnie jednak początek filmowy roku 2017. Mamy od razu „Sztukę kochania”  o Michalinie Wisłockiej, na której „Sztuce kochania”  dorastałam, mamy „Dalidę” o piosenkarce, której kawałek „Paroles” jest jednym z moich ulubionych tamtej epoki i mamy,  również chyba pierwszy raz o tej postaci w takim ujęciu „Jackie” o Jackie Kennedy. 

Pięknie.  Czekam na więcej.  Takie filmy szalenie pobudzają wyobraźnię,  inspirują, świetnie opowiadają.  Malkontenci na pewno się będą nad nimi pastwić. Co kto lubi. 

Jednak wpływ na zmiany na świecie mają tak kobiety, jak mężczyźni. 

Zarówno te dobre, jak i mniej. Kino zgrabnieto ukazuje,  gdy się spojrzy z odpowiedniej perspektywy. 

Cieszę się,  bo przez jakiś czas nie było za bardzo na co chodzić do kina, czy wypożyczyć na vod. Znowu ruszyło 😉 
Poniżej: Paroles Dalida

Kocham ten kawałek za słowa. 

https://youtu.be/_ifJapuqYiU  

Zdjęcie: kadr ze „Sztuki kochania”

Tagged with: , ,
Napisane w 100% bycia 40tką

Wolność wyboru – na przykładzie medycyny

Jem sobie pierniki norymberdzkie (to te najlepsze na świecie)  i myślę nad bezgranicznym tupetem decydowania za innych. Nad tą łatwością osądu i narzucania.

Pewnie obiło Wam się o uszy, jakiś czas temu, że bodajże w Kanadzie na opakowaniach leków homeopatycznych umieszczona ma być informacja,  że nie ma żadnych dowodów na to, że dany preparat działa. W sensie i domyśle – wyrzucasz kasę,  dajesz się naciągać. Frajerze.

Daleka jestem od kultywowania teorii spiskowych, niemniej walkę medycyny konwencjonalnej z tradycyjną czy alternatywną obserwuję od lat, ba doświadczyłam jej na sobie. Z różnych przyczyn. Z jednym wnioskiem: tupet medycyny konwencjonalnej można przyrównać do tupetu studenta kończącego właśnie studia. On wie wszystko,  chociaż w praktyce nie wie nic. Tudzież niewiele. Ale jego nadęcia i pewności swego nie przebije Madonna. A doświadczenie?  Praktyka?  Oj tam. No i idzie taki w świat i zderza się z rzeczywistością. O ile jeszcze w efekcie tego zderzenia koryguje podejście,  to alleluja. Jeśli jednak nie koryguje, bo błędnie myśli że Jobs też nie korygował, tylko szedł na upartego,  to już gorzej.  Gorzej jeśli w tej bucie ma decyzyjność i zaczyna szkodzić.  Tak się dzieje czasami z lekarzami.  To bardzo niebezpieczny zawód,  bo daje pozory władzy i wszechwiedzy. Wiele osób się z tym spotkało. Jest to o tyle okropne, że człowiek idący do lekarza bardzo chce wierzyć w jego mądrość. Bywa różnie.

Mądrzy lekarze, ci naprawdę mądrzy,  nie negują medycyny alternatywnej. Nie ferują wyroków,  gdy sprawa nie jest jednoznaczna jak dziura w zębie, złamanie kości, czy choroba wymagająca niemalże natychmiastowej operacji. Mądrzy lekarze nie negują natury. Nie negują wagi silnej odporności, wpływu psychiki,  czy zwykłego faktu, że czasami niektóre choroby po prostu trzeba przejść.  Przeleżeć, przespać,  pomagając organizmowi.  Z dala od antybiotyków,  które mają znaczenie przy wybranych chorobach bakteryjnych a nie byle przeziębieniu. Mądry lekarz wie, jak ważny jest sam kontakt z pacjentem i nie traktowanie go z góry czy przedmiotowo. Z tego co wiem z pierwszej ręki, niestety polskie akademie medyczne kompletnie nie nadają temu wagi. Oderwanie relacji pacjent – lekarz jest nieludzkie czasami.

Mądry lekarz naprawdę rozumie słowa „przede wszystkim nie szkodzić” i wie, że tu chodzi też o psychikę i nastawienie człowieka.  Do tego trzeba jednak mieć też odwagę,  wiedzę i właśnie mądrość.

Mądry lekarz nie ukrywa,  że nie wie.  Nie ukrywa, że nauka jeszcze bardzo raczkuje. Nauka jest bardzo młoda i ciągle więcej nie wie, niż wie. Mądry lekarz, czy praktyk leczenia ludzi czy zwierząt nie robi z siebie obiektu kultu. Chce pomagać. To bardzo rzadkie podejście, a tak ważne i dobre. Zbyt wielu lekarzy chce mieć rację, nawet jeśli mówi „nic się nie da zrobić” , zamiast mieć odwagę powiedzieć „ja nic więcej nie mogę zrobić” – staje się ona celem samym w sobie.  Niektórzy lekarze miażdżą mądrość medycyny alternatywnej, tradycyjnej,  chińskiej czy totalnej. Kpią z praw natury. Nie obserwują,  wiedzą z założenia.  Nie raz powiedzą pacjentowi „musi pan z tym żyć”, zamiast „proszę szukać gdzieś indziej”.  Nie wiedząc tak wiele, są tak zadufani w swojej pozycji. A wielu pacjentów cierpi, bo nie ma odwagi zanegować podejścia lekarza. W końcu to lekarz. Dla mnie już dawno nie, ale nadal ludzie chcą (i poniekąd słusznie) wierzyć lekarzom bezgranicznie i skoro lekarz nie zaleca czegoś innego, albo szukania innych metod, to znaczy, że tak ma być. Nie ma co drążyć. Nie mówię tu tylko o lekarzach medycyny konwencjonalnej ale i tej alternatywnej. Ci drudzy bywają nie lepsi w swojej pogardzie dla medycyny akademickiej. To też jest bardzo złe, bo jednak jak wspomniałam, mądry lekarz będzie szukał metod skutecznych, a one bardzo często są między wszystkimi znanymi medycynami.

Lekarze (ludzie leczący) krzywdzą tym setki ludzi. Odbierając nadzieję, rzucają cień na sens swojej pracy.  I nic sobie z tego nie robią. Uczą się pozbywać odpowiedzialności, bo zawsze mogą się schować za niemocą. Oni tak. Lekarze czy specjaliści medycyny alternatywnej już nie.  Tamci to szarlatani. Tamci to naciągacze i oszuści. Żerują na nadziei. Ale tak mówią o sobie jedni i drudzy. Prawda? A pacjenci cierpią.

Dla mnie metoda nie ma znaczenia,  dopóki pomaga. Patrząc na świat,  najbardziej razi mnie to, że tak wielu ludzi zajmuje terytorium, walczy o swoją rację, uznanie swoje metody, a jednocześnie wypycha i neguje innych. Jak za czasów kolonialnych. Ten proces nadal trwa. Obszary się zmieniają. Metody tego przepychania są teraz delikatniejsze, bo oponenta nie można po prostu zastrzelić, czy zniewolić, ale nadal mechanizmy się toczą. Nowe walczy ze starym, zamiast współpracować.

Jestem emancypantką. Uważam,  że bez najmniejszego kłopotu wszystkie prawie racje mogą współistnieć (prawie: bo nie mam na myśli właśnie ograniczenia prawa innych, jeśli ono nie szkodzi osobom trzecim). 

Drażni mnie bezczelność i ślepota ortodoksyjnego wypierania,  zamiast szukania współpracy.  Wszyscy by na tym dobrze wychodzili .

Czekam na czasy, gdy lekarze bez względu na metody, przestaną obrażać i lekceważyć innych. Z pacjentami włącznie. Pora nadeszła już wiele razy.  Nadchodzi zawsze,  gdy się okazuje,  że coś pomogło. Przecież bycie autorytetem powoduje, że pacjent przejmuje zdanie lekarza. Jak można to lekceważyć w konsekwencjach?

Nie chcę,  jako człowiek, takiego ograniczenia.  Za bardzo wiem,  jak bardzo bezradność towarzyszy czasami każdej z gałęzi medycyny. Za bardzo wiem,  jak wszystko może pomóc. Za bardzo wiem,  jak niepełna jest wiedza i ta akademicka i ta dawna. Jak wiele jeszcze dzisiejszych dogmatów czy przekonań niebawem zostanie zniesionych. Bo takim znamieniem obarczona jest nauka, jej rozwój. Z założenia niesie w sobie prawdopodobieństwo korekt. Kiedyś wierzono, że Ziemia jest w centrum kosmosu, a Słońce krąży wokół niej. Nadal jest masa takich przekonań. Im zmieniają się, rozwijają metody badawcze, tym więcej teorii ulega korektom. W każdej dziedzinie (może poza matematyką, chociaż tu względności i pewnych stałych nie można omijać z założenia 🙂 )

W czym jak w czym,  ale w leczeniu ludzi pokora jest najbardziej potrzebna. Wiedzą to i doświadczeni i mądrzy lekarze i  naukowcy (a nie ci, którym się tylko wydaje,  że nimi są,  bo zdobyli tytuł). 

Mierzi mnie, że  lobbing zwalcza homeopatię czy leki naturalne,  wykpiwa suplementy,  czy wagę witamin i mikroelementów w diecie. Mierzi mnie burzenie przeciwko sobie ludzi,  którzy ufają takiej czy innej metodzie. To, że ludzie temu ulegają – no cóż, siła autorytetów. Większość ludzi chce je mieć.

Wolny wybór.

Tak cholernie proste.  Zostawić ludziom wybór. Jeśli nasze zdrowie naprawdę ma znaczenie nie tylko dla nas samych, jeśli to nie jest tylko wielki biznes,  to niech wszystkie rządy zostawią wolny wybór. Dopóki nauka nie przestanie mieć wątpliwości,  jak z miejscem Ziemi w stosunku do Słońca. Skoro naukowcy między sobą dyskutują,  to ludzie też mogą. A ja akurat z atencją obserwuję dyskusje naukowców.  Nie polemizuję, bo nie jestem nim. Nie będę walczyć na argumenty,  bo przegram. Nie przytaknę nikomu tępo, dopóki nie zrobi tego cały naukowy świat. A obszarów jednomyślności w medycynie jest niewiele. 

Ważniejsze jest wzajemnie się przy tym szanować, bo gdy ludzie się wzywają, ubliżają (Nawet elegancko), to dla mnie kończy się rozmowa. Nieważne,  czy to naukowcy czy ludzie z ulicy. 

Uważam, ze trzeba tu szacunku, chociażby dlatego,  że konsekwencji nikt za nas nie ponosi. 

Jeśli komuś homeopatia pomaga, to jego sprawa. Tak samo jeśli ktoś łyka antybiotyk przy katarze. To,  czy ktoś chce czy nie chce szczepić dziecka. Czy chce dać wykonać operację. Nie można negować, krytykować bez zahamowań kogoś,  kto wierzy w działanie czegoś,  na co nie ma dowodu 100% nieskuteczności. Bo nie ma też niczego,  co ma 100% bezwarunkową skuteczność.

Tu chodzi o odpowiedzialność za narzucanie. Za zastraszanie, za obwinianie, za oskarżenie. W końcu za zmuszanie. Wbrew pozorom,  kwestia zdrowia jest chyba obarczona większym stopniem niepewności niż wiara religijna. Konsekwencje naprawdę ponosimy sami. Każdy,  kto bierze się za leczenie,  budowanie prawa, określenie kanonów, dogmatów,  zasad, rzekomych pewników, powinien o tym pamiętać.

Przedstawić rzetelnie za i przeciw, ale decyzję zostawić pacjentowi (czy w przypadku zwierząt – właścicielowi). Człowiekowi. I pozostawić ten wybór bez osądu. To tak najtrudniejsza część.

To tak cholernie ważne.

Każda metoda jest dobra, jeśli działa. Jeśli pomaga. Jeśli nie szkodzi. Nasze zdrowie i tak jest zbyt wielką niewiadomą dla nauki i nie tylko. Tu trzeba mądrze łączyć siły,  wiedzę, wszystko,  co mamy dostępne,  a nie osłabiać, dezinformować, ogłupiać. Gdy człowiek czy ukochane zwierzę choruje, trzeba dać pomóc.  I mieć nadzieję,  że trafi się w punkt i z diagnozą i metodą.

Nie ma co walczyć.  Tu wszyscy mają rację i jej nie mają. Za dużo nie wiemy,  żeby się mądrzyć, kłócić czy lekceważąco negować cudze podejście. Bez sensu, bo końcem końców i tak wszyscy kiedyś umrzemy. Nie walczymy o nieśmiertelność a o zdrowie tu i teraz. Lekarze starszej daty, którzy niejedno widzieli, mają czasami taką fajną mądrość i potrafią powiedzieć „ja wyczerpałem pomysły, proszę szukać dalej”. I często dodają, żeby nie mówić „do widzenia”, bo tego nie życzą (nie dotyczy oczywiście wszystkich specjalizacji 🙂

Bardzo życzę nam wszystkim,  żeby zdrowiem zajmowali się ludzie,  którzy mają pokorę. Oni mają szansę zobaczyć istotę i powiedzieć,  że czasami lepiej się napić rumianku niż brać pigułkę, ale też będą wiedzieć, kiedy koniecznie trzeba wykonać operację, czy wziąć antybiotyk,  żeby uratować zdrowie i życie.

Poważnie.  Czekam na równowagę i mądrość jako przewagę. Naprawdę najsmutniej, gdy ludzie trafiają na lekarzy, którzy nie widzą człowieka. Zbyt często się to zdarza. Zbyt często. Potem przechodzi to na ludzi między sobą. I kończy się obelgami, czy lekceważeniem.

W co ja wierzę?  Czemu ufam? Wszystkiemu. Jestem wielką fanką medycyny totalnej, ale też wiem, że nie brakuje mądrości tradycyjnej medycynie, czy tej alternatywnej,  a i bardzo tej konwencjonalnej i doceniam każdą z nich. Wszystko niesie jakąś wiedzę,  wartość,  mądrość. Od zasady, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, począwszy. Myślę,  że wszystko co w dobrym momencie pomaga,  jest dobre. Tylko w rękach,  w słowach nieodpowiedzialnych ludzi staje się czasami szkodliwe, czy takim jest przedstawiane. Bardzo chciałabym,  żeby zdrowiem zajmowali się tylko odpowiedzialni ludzie. Chciałabym też, żeby ludzie zmienili swoje podejście do nich i do siebie. Naprawdę nie jest mądre jechanie po kimś tylko dlatego, że nie poszedł lekarza z kaszlem, bo myślał, że przejdzie, a potem się okazuje, że ma zapalenie oskrzeli. No nie poszedł, to nie poszedł. Nie świadczy to o jego mądrości czy głupocie, jak też nie powoduje, że ktoś, to jest stałym bywalcem przychodzi i specjalistów staje się mędrcem. To nie tak.

Bogowie,  czy ludzkość do tego dojdzie?

Nie wiem.  Patrząc na wiele dziedzin widzimy tak fantastyczny rozwój,  odkrycia,  wynalazki,  nowe materiały,  metody, miniaturyzację, odkrywamy naturę coraz zgrabniej. Ale każda odpowiedź rodzi wiele nowych pytań. Z jednej strony to cudowne z drugiej widzimy ciągle,  jak niewiele wiemy.

Z drugiej strony, m.in. przez rozproszenie, o którym ostatnio pisałam, ludzkość się cofa. Zatrzymuje w rozwoju.  Zupełny dualizm .

Zobaczymy co będzie dalej.
Wolności brakuje jednak ciągle najbardziej. Arogancja jest ok, ale bez przesady. 

Czemu ja tak często marzę o rzeczach niedorzecznie nierealnych? No idea. Idealiści tak mają.

 

Zdjęcie: Kopenhaga 2016

Informacja o planach zmiany opisu opakowań leków homeopatycznych

Kolejna informacja o zmianie opisu opakowań leków homeopatycznych

 Polecam pracę doktorską na temat medykalizacji M. Nowakowskiego dostępną pod tym adresem TU

Tagged with: , , , , , ,
Napisane w 100% bycia 40tką

Kultura 100% – o marzeniach i innych światach

*** WARTO ZOBACZYĆ***

Och jak bardzo chciałam iść na ten film i jak bardzo mąż ze mną poszedł. „La la land” – jak bardzo o mnie. Jak bardzo o każdym marzycielu.

Filmów o marzycielach nie brakuje. Wiadomo. Rzadko jednak trafiają w punkt jeśli chodzi o moment porażek, o trud drogi do spełnienia. W końcu jak rzadko są o tym, jak ważni w spełnianiu marzeń są inni ludzie.

Tak sobie czasami rozmawiamy o marzeniach i wiemy, że nie każdy je ma, wiemy, że niektórzy cenią sobie przyziemność życia i brak wysiłku w kroczeniu przez nie. I bardzo dobrze. Co kto lubi. Wiele osób jednak chce czegoś więcej, czegoś, co na dziś jest poza zasięgiem ręki, nawet wzroku. Marzenia są wielkie. Wiele osób pozostawia je w strefie fantazji i nie szuka nawet odwagi do szukania sposobu na ich spełnienie. Wiele osób jednak szuka. Walczy, poddaje się setki razy, wstaje i idzie dalej. Bo poddanie się na zawsze byłoby o wiele bardziej bolesne i odebrałoby sens życiu. Chociaż życie jest samo w sobie przecież sensem, to jednak kolor, smak, emocje nadają spełniające się marzenia. Te wielkie i te maluśkie dnia codziennego. Film jest wg mnie o tych, którzy w nas wierzą. Którzy są obok. Którzy kochają w nas właśnie te marzenia.

Więcej nie powiem, ale oglądając film, trzymając za rękę momentami męża, który jest moim głównym napędem, przy którym spełniają się moje marzenia jedno po drugim, przy czym wiele i tak czeka na swój czas, chociaż tak bardzo czasami życie od nich wręcz odsuwa, albo tak się wydaje, to myślałam też o innych ludziach, którzy we mnie wierzą. Są bezcenni. Ich wiara jest tak ważnym napędem, że….

powiem tylko: warto zobaczyć ten film. Po prostu. Każdy niech – oczywiste!- wyniesie z niego to co chce, ale niech nie zamyka się w skorupie cynizmu.

Jeśli chodzi o film pod względem artystycznym, to zachwycają mnie filmy, które potrafią cudownie czerpać z historii kina, najpiękniej nawiązać do kultowych scen, postaci, miejsc. To naprawdę piękne, gdy dzień dzisiejszy tak zgrabnie miesza się z przeszłością. Przecież to przeszłość jest studnią z której pijemy w drodze do przyszłości.

Ten film robi to doskonale.

 

**** WARTO PRZECZYTAĆ***

 

Książka, którą się czyta między własnymi zmysłami. O Przemku Kossakowskim już pisałam. Jego seria programów mnie zaczarowała i pokazała z innej strony świat, który bardzo mnie ciekawił, którego kiedyś samo mocno dotknęłam i o którym wiem tylko – coś jest na rzeczy. To jeden z obszarów, gdy z pokorą można przyznać = wiem, że nic nie wiem. Przemek swoją książką oderwał mnie od rzeczywistości na kilka dni. Zasypiałam przy niej, mając dziwne sny, grzebałam we wspomnieniach, w emocjach, czytając ją, wszystko opisane lekko, ale przy tym z nieznośnym poczuciem humoru, którego sam autor podobno nie widzi, bo on po prostu pisze. Nie wiem. Nie chce mi się wierzyć, żeby nie widzieć skutków niektórych gier słów, specyficznego budowania zdań czy sytuacji. Jedno jest pewne – ten Pan ma dar do pisania. A pisać o rzeczach tak dyskusyjnych, tak autentycznie, chociaż bez jakiegokolwiek fanatyzmu, wręcz przeciwnie, przy tym tak ciekawie i intrygująco. No nie wiem. Ja tylko mówię: pełen szacunek i zazdrość kunsztu oraz przeżyć. Chociaż tych może jednak nie. No właśnie, w gruncie rzeczy to książka (jak i sam program) jest o rzeczach, których nie chce się doświadczyć osobiście nic a wcale przeważnie. Za to z okrutną ciekawością się o nich czyta, czy ogląda. Tak, właśnie takie książki kocham bardzo też. Takie, które pozwalają mi dotykać świata, którego jestem bardzo ciekawa, ale który nie budzi we mnie potrzeby spakowania walizki i wyruszenia w drogę. Zdecydowanie wybieram czytanie o nim w cieple sypialnianego łóżka. Do tego jest to książka genialna.

457267-na-granicy-zmyslow

Dziękuję twórcom.

Zdjęcia wyjątkowo nie moje: kadr z filmu La la land oraz okładka książki „Na granicy zmysłów”

Napisane w 100% bycia 40tką

Kask rowerowy. Bo tak.

Długo się zbierałam do tej notki. Niemniej,  sprawa jest dla mnie na tyle ważna,  że po prostu to zrobię.  

Lato 2015. Jedziemy na rowerach.  Pod koniec kilkukilometrowej trasy przewracam się. Totalnie nieudolnie. Zdzieram sobie skórę z dłoni o żwir. Nic gorszego się nie dzieje. M. mówi,  że bez kasku i rękawiczek więcej nie pojadę. Bo nie umiem upadać bez robienia sobie krzywdy. To akurat trochę prawda.  Jeśli mogę się kontuzjować, to przeważnie wykorzystuję okazję. Chociaż pracuję nad tym.

Wczesna wiosna 2016. Wybieramy się na rowery. Rękawiczki mam. Nie mam kasku. Przecież szybko wcale nie jeżdżę. 

M. powiedział, że bez kasku nie pojadę. Zdania nie zmienia. Ściemniam, bo kaski są takie bez sensu. No może sens mają,  ale mi się moja czaszka w nich nie podoba. Ściemniam dalej.  No a M. twardo, że bez kasku nie pojadę. Jesteśmy akurat w Lidl.  Jest akcja sport. Mają kaski.Takie jakieś duże, nie dla mnie. 

M. przekonuje mnie  przymierzyć. No trudno. Jutro chcemy pierwszy raz iść na rowery. W kasku wyglądam, jak uwieczniony grzyb poatomowy. Trudno.  Mniejszy kupię sobie potem.  Teraz idę na ugodę z M. 

Kasku używam do początku lipca. W sumie zauważam nawet jego plusy, chociaż zasadności nie widzę za bardzo zupełnie. Przecież nie jeżdżę wyczynowo, szybko, ekstremalnie. Zdania o wyglądzie nie zmieniłam,  ale miłość do zasuwania na rowerze jest ważniejsza.  Nowy kask przestał być priorytetem.

Początek lipca. Rano wychodzimy.  M. cofa mnie do domu po kask. Zapomniałabym. Przecież. Nawet się kryguję, że po co, przecież spokojna trasa, gorąco, daj spokój.  M. powie, że bez kasku nie pojadę. Ma rację. Wracam po kask. 

Robimy super trasę.  Piękny dzień.  Gorąco. Słońce świeci na zmianę z padającym deszczem. Fajnie.  Jedziemy do Sopotu. Siedzimy na molo. Idziemy na Monte Casino na deser do Mont Blanc. W drodze powrotnej zajeżdżamy do przyjaciół. Siedzimy w ogrodzie. Miły wieczór. Bardzo. Wracamy do domu. Kask na głowę,  bo inaczej nie pojadę. 

Jedziemy. Hamuję przed skrzyżowaniem i.. koło mi ucieka. Przewracam się. Ale cholernie nieprzyjemnie. Uderzam głową o krawężnik, spadam ciężarem ciała na kciuk. Zdasta skóra powoduje,  że krew leci dużymi kroplami. Kilka tygodni później się okaże,  że złamałam go, odłamując kawałek kości. 

Uderzenie w krawężnik.  Głowa odbiła jak piłka w trakcie gry w krawężniki. M. pomaga mi wstać. Długo wychodzę z szoku. Płaczę, bo czuję że było grubo. Gdyby nie kask. Ten cholerny kask. Potem widzę, że plastikowa osłonka jest zdarta. To mogła być moja głowa. 

Może przesadzam,  ale mam poczucie,  że ten kask uratował mi życie. A zdrowie bez wątpienia. Po jakimś czasie wyrzuciłam go, bo powiedziano mi, że to jak z poduszką powietrzną – po jakimś wypadku już się nie używa. 

Dlaczego dziękuję Lidl?  Za to, że dział zakupów wybiera dobre produkty. Gdyby te kaski były słabej jakości,  to kask by mi nie pomógł,  a nawet mógł zaszkodzić. Wiem, że jakość,  potwierdzona atestem i certyfikatami jest podstawą bezpieczeństwa.  Prawdą jest,  że kupiłam kask na odczepnego, bez przekonania, bo mąż mi kazał (tu oczywiście żartuję, ale faktem jest,  że on widział większą zasadność niż ja). Produkty dostępne w Lidl cenię od kilku lat, i od kilku lat z przyjemnością obserwuję rozwój tej sieci i marketing.  Wiem,  po prostu to wiem,  że ludzie tam podchodzą do klientów naprawdę rzetelnie. Nie wątpię,  że dobór asortymentu nie jest kierowany na odwal i tylko dla zysku. Pewnie,  że nie jestem jakąś bezkrytyczną fanką i nie kupuję tam wszystkiego,  ale bułki mają genialne.  I hummus. I owoce. I sajgonki w azjatycki tydzień. I kilka innych produktów. Więc generalnie ok. Nie pisałabym o tym jednak notki. Dla mnie kluczowy jest kask. Serio. 

Jak by to nie brzmiało,  kask z Lidl uratował mi życie.  Brawo dla kupca i przede wszystkim dla producenta. Dziękuję. To jak efekt motyla, gdzie rzetelność iluś ludzi w całym procesie produkcji i zakupów doprowadziła do tego efektu. 

I Bogom dziękuję za męża. Nie pierwszy raz. Dobrze jest mieć kogoś,  kto zwraca uwagę,  gdy się samemu myśli o czymś innym. Uzupełniamy się idealnie 😉 

Zdjęcie: kask na rowerze. Lato 2016. Sobieszewo. 

Ps.nie jest to tekst w żaden sposób sponsorowany. 

Tagged with: , ,
Napisane w 100% bycia 40tką

Jak tu rozmawiać w tym chaosie?

Ilość komunikatorów może być spokojnie źródłem frustracji.  Sama korzystam z 3 może 4. Bo więcej nie chcę,  chociaż powinnam, gdybym chciała być w tym kanale komunikacji z jeszcze większym gronem osób z grona kontaktów. Nie da się. Szum. Chaos.

Kiedyś sprawa była prosta.  Najpierw szałem był sam telefon. Taki w domu. Kto miał,  ten rządził  wszechświatem, a na pewno mógł się w nim komunikować.  

Długo było to ułatwieniem numer jeden.  Potem przyszły komórki i sms.  I to też było dobre, a pierwotny sms miał długość max 160 znaków,  jak dziś Twitter. Nic nie szkodzi. Prawie jednocześnie doszły komputery. I Gadu-Gadu.  Owszem,  wcześniej był IRC, ale na niego nawet ja byłam za młoda. Komunikacja była jednak prosta. Sms albo gg. Owszem,  dochodziły jakieś wariacje,  ale nie wpłynęły na historię świata,  więc spokojnie je pominę.  

Nie o historii zresztą chciałam opowiadać.  Chodzi o to,  że kiedyś sprawa komunikacji była prosta. Były określone kanały i w narzędziach nie było chaosu. 

To oczywiście cudownie,  że mamy wybór. Uważam jednak,  rozproszenie idzie w stronę nieskończenie wielkiego absurdu. 

To jak z filmikami na YouTube.  Panuje taka moda (?), żeby nie polecić czegoś dobrego,  tylko samemu o tym nakręcić filmik. Nieważne,  że trochę wcześniej opowiadał o ktoś inny. W ten sam sposób.  Co w tym złego?  Nie wiem.  To znak czasów. To co kiedyś było bezczelne, nikczemne, karygodne dzisiaj bywa po prostu jakąś aktywnością. I tyle. 

Totalnie tego nie rozumiem.  Na tej samej zasadzie wszyscy już piszą książki z kategorii #jakżyć. I wszyscy piszą mniej więcej o tym samym.  Ba, rzadko będąc faktycznie autorkim kreatorem pomysłów czy podejścia. Kiedyś mnie to mierziło, bulwersowało, dziś po prostu unikam tego. To jak przekopiowywane teksty na motto. Już nawet nikogo nie zastanawia „kto to powiedział?”.  Wszyscy czują się współautorami wszystkiego,  na co trafiają. Wśród twórców aplikacji jest podobnie. Setki tego samego w różnych skórkach. 

Totalnie rozrasta się rozproszenie. W przebiegu informacji, ale też w kanałach komunikacji. W ilości komunikatorów. Ratunkiem pozostaje normalna rozmowa telefoniczna. Jednak… 

Oczywiście pokazuje to tylko,  że to co najlepsze, jest wieczne – spotkać się i porozmawiać 😉

Przed rozwojem technologii należy iść, nie za nim ślepo gonić (jakby to ujął stylistycznie Yoda). 

Dla mnie,  człowieka starej daty,  technologie zawsze będą po to, żeby nam służyć,  a nie nami rządzić. Inaczej się pogubimy (co wielu już dopadło). Cywilizacja temu sprzyja. Ja wolę trzymać dystans i pilnować tego,  co najważniejsze w budowaniu relacji. Kanały komunikacji pozostają dla mnie kluczowym punktem, to oczywiste.  Ale setki komunikatorów. Po co to komu? Że tak retorycznie zapytam, bo odpowiedź jest oczywista. 

Wyjście na kawę, czy po prostu wspólny czas razem –  odwiecznie bezcenne. Nawet na chwilę.  Między rozmowami telefonicznymi. Relacje to kontakt. To oczywiste. Komunikacja.  Można się miesiącami nie widzieć,  można korzystać tylko z sieci,  ale nie da się mieć relacji korzystając z różnych komunikatorów. No proste. 


 Dla mnie styczeń to detoks – omijanie rozproszenia. 

Cudownie działa. 

I najzabawniejsze,  że zaglądając do netu z tej perspektywy,  aż ciężko się nie uśmiechnąć.  Słychać głośny chichot losu. Wszyscy coś mówią,  nie słuchając się,  nie rozmawiając. Mimo tylu możliwości. A może właśnie przez nie?

Nie wiem. 

Dystans i detoks działają cuda. 

Nie dajmy się temu chaosowi 😉

Czasy mindfulness w rozkwicie.
Zdjęcie: widok z hotelowego okna. Poznań.  01.2017

Tagged with: , , , , , , , ,
Napisane w 100% bycia 40tką

Postanowienia noworoczne 

Czy ja robię sobie jakieś postanowienia? No pewnie. Z tym że są bardzo uniwersalne, bo takie są czasami najlepsze

Zawarłam w zakładce, pod adresem: POSTANOWIENIA NOWOROCZNE

Dlaczego tu tylko linkuję? Bo chcę sama do nich zaglądać często i w zakładkach będzie najbliżej, a konstrukcja bloga nie pozwala mi wyświetlić tu nowej strony.

SGL 🙂

 

Napisane w 100% bycia 40tką
Follow LASARA on WordPress.com

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 216 obserwujących.

Instagram
Jakby ktoś chciał zacząć od początku, to tu. #begging #hel #poland #ilovepl #travelphotography Niezmiennie : równowaga między skrajnościami #madebyml #balans #stemple Nic nie musisz. Fajnie... Bo możesz. <wolność> #madebyml #stemple #wolność Dziękuję za miniony dzień #madebyml #stemple #thanks #likeapray #mantra #sea🌊 #sky #clouds #ship #sunyday #ilovepl #chillout #hel #nafalochronie #ontheway #piękna #foka #ilovepl #nature #animals #chillout
Licznik:
  • 35,085 hits