Hel. Początek.

Bardzo chcę, abyśmy umieli ze sobą współistnieć z podniesioną głową, ramię w ramię, żebyśmy czuli się częścią całości.

Poczucie wolności. Wolności też od złych emocji, od negatywnych opinii, słabości strachu. Łatwo ulegać nastrojom, lękom, presji. Kiedyś myślałam, że drogą do spokoju jest slow life. Dziś patrzę szerzej, dziś uważam, że to, co ważne, to poczucie wolności. Osobistej, szanującej innych, cierpliwszej, mądrzejszej. W naszych czasach takie miejsce jest mi bardzo potrzebne. Jeśli komuś z Was jest tu też dobrze, to cudownie. To jest kierunek, w którym chcę iść i chcę to robić na tym blogu. Liczę się z tym, że pewnie w niektórych opiniach nie spotkam się ze zrozumieniem (bo to normalne). Taki urok wyrażania swojego zdania. Jednak genialnie będzie, jeśli ktoś napisze, poczucie „OK, też tak mam”. Wolność jest zbyt dużą siłą, sama w sobie, żeby schylać głowę nad każdym, kto tego nie rozumie. Trzeba robić swoje, iść swoją drogą. No to idę.

Dziś zabieram Was na Hel. Byłam tam jakiś czas temu, zanim zaczął się sezon. Szczególnie zależało mi na tym ze względu na fokarium. Udało się. Zapraszam na spacer na początek Polski.

Po takim spacerze łatwo złapać inną perspektywę.

To zawsze działa.

Wróciłam i serdeczny uśmiech dla każdej osoby, która tu zagląda.

Poczucia wolności 😉

Zdjęcia: Hel , 06.2017

Władcy wyobraźni

W trakcie spektaklu „Urodziny, czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta”, pomyślałam, sobie „Władcy wyobraźni”.

Inspiracją do tej notki, m.in. był komentarz, jaki przeczytałam na facebooku pod wpisem strony Teatru Wybrzeże o tym przedstawieniu. Komentarz grzmiał, że aktorzy chyba dobrze się w trakcie niego bawią. Na co odpisałam „czy to się wyklucza?”

Uwielbiam teatr do znudzenia. Nie byłam jeszcze na przedstawieniu, które by mi się nie podobało. Wynika to z faktu, że kocham zespół Teatru Wybrzeże. Kilka razy byłam w Warszawie i oczywiście cudnie jest zobaczyć na scenie aktorów znanych też z np. filmów, szczególnie, gdy sztuka jest dobra, ale jednak ja mam dużą słabość do Teatrów takich, jak Teatr Wybrzeże. Owszem, tutejsi aktorzy czasami pojawiają się też w kinie (jak p. Baka czy p. Kolak i jeszcze kilka osób), ale większość aktorów zaangażowana jest w sam teatr i tylko tu ich widuję. Teatr, dobra sztuka zawładnie mną kompletnie, ulegam grze aktorów, rolom, fabule, opowieści, scenografii (która czasami bywa naprawdę genialna, jak chociażby w przedmiotowym „Urodziny…”  – napis SOLIDARNOŚĆ z lodowych brył, topniejących w trakcie trwania spektaklu. Siedzisz, śledzisz wydarzenia a jednocześnie widzisz, myślisz „Solidarność topnieje”.) Zostanę jeszcze chwilę przy tym spektaklu. Jest to oddanie historii Teatru Wybrzeże od powstania do dziś. Już samo zbudowanie opowieści w interesujący sposób jest wyzwaniem, ale Wybrzeże jest w tym świetne. Przekonałam się o tym kiedyś przy „Broniewskim”. Doskonała podróż w czasie. Faktycznie sztuka ta jest po prostu wprowadzeniem do świadomości widza postaci, które wpłynęły na dzisiejszy kształt teatru, a o których laicy po prostu nie wiedzą. Nie łudzę się, że to się zmieni, ale jakoś oglądając, słuchając o nich poczułam chociaż przez moment wdzięczność.

I to uczucie jednak we mnie pozostało. I trwa. Ogólnie pojęta wdzięczność dla aktorów teatralnych. Nasze czasy są dla nich bezwzględne. Czasy lajków, popularności popkultury, możliwości wystąpienia w filmie, który ich grę na „wieczność” utrwali. Nie. Oni oddają się teatrowi, który daje wrażenia w trakcie trwania spektaklu. Jak się nie skupisz, nie wejdziesz w spektakl w 100%, to ci umkną detale, niuanse, dzięki którymi to wszystko płynie.

Byłam na wielu spektaklach, które mnie głęboko poruszały, zostawiały z gonitwą myśli na wiele dni, na pewno też coś we mnie zmieniając. Wyszłam z kilku w poczuciu, że ich nie zrozumiałam (Jak „Wiśniowy sad”). Z żadnego nie wyszłam z poczuciem, że był słaby. Mam w sobie za dużo pokory w stosunku do tego zespołu aktorów i repertuaru.  Mam kilku, na których widok oczy mi się błyszczą. Oczywiście, że każdy aktor staje się w jakiś sposób rozpoznawalny przez swoją grę, ale jednak są na tyle dobrzy, że na spektaklach wchodzę w świat postaci. Właściwie dzięki tym osobliwościom są stworzeni do konkretnych ról bardziej, niż inni. To chyba oczywiste.

Teatr. Cudowne jest to, że tak utalentowanym ludziom, chce się uczyć roli, budować postać, opowiedzieć historię, zbudować nową i grać na żywo, dla tak małego grona ludzi. Bo czym jest nawet pełna widownia w stosunku do ilości widzów przed telewizorami?

Kocham energię teatru, sceny, aktorów, scenografii. Sztuka w 100%, dotykalna jak mało gdzie. Mało popularna z ciągle niezrozumiałych dla mnie przyczyn.

Jeszcze link do teatru Wybrzeże i spektaklu:

URODZINY , CZYLI CEREMONIE ŻAŁOBNE W CZAS RADOSNEGO ŚWIĘTA

Sztuka od zawsze wpływała na nastroje, opowiadała je, budowała, spłaszczała. Artyści są jedną z najważniejszych części przekroju społeczeństwa. Bez nich nie umiem nawet wyobrazić sobie historii, romantyzmu, wyrażania siebie. Sztuka jest jedną z ważniejszych form wyrażania człowieczeństwa. Jak bardzo by temu niektórzy nie zaprzeczali, nie wypierali, nie negowali.

Wracając do początku: tak, mam głęboką nadzieję, że aktorzy, twórcy teatralni dobrze się bawią robiąc, to co robią. Mam nadzieję, że się spełniają, że się realizują, że mają głębokie poczucie sensu, tego co robią, bo jest kilka osób, które to kochają. Każdą minutę spędzoną na widowni, każdą emocję, która się rodzi i każdą myśl, która zostaje potem.

 

Zdjęcie: Plakat do spektaklu „Urodziny, czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta” 08.2017 Gdańsk 

 

Wszystkiego najlepszego Teatrze Wybrzeże.

 

Czuję się szczęściarą, że mam Cię tak blisko, że masz tak świetny zespół i kierownictwo a w konsekwencji repertuar. Ja celebruję dzięki wam każde wyjście do teatru. I niech to jeszcze trwa.

Klif Orłowski. Po prostu trzeba.

Gdy rano mąż powiedział „chodź do Gdyni” powiedziałam rezolutnie „ale po co??”. I to był jeden z momentów, w których to pytanie było nie na miejscu. Gdy dojechaliśmy do Gdyni, odbił w prawo z komentarzem „Kiedy ostatnio byłaś w Orłowie?”. Wieki temu tam nie byłam, ale też… A dobra. Niech będzie. Standardowo, molo, widok na Klif, och, ach. Ale jakoś tak nas tknęło, że na górze są ludzie. Też chcemy. I poszliśmy. I się okazało, że widok zaparł dech z zachwytu. Naprawdę niedowierzałam, że nigdy tam jeszcze nie byłam. Piękna pogoda pozwoliła zobaczyć wyraźnie półwysep Helski. Widok na Zatokę z takiej wysokości jest po prostu bezcenny.

Mąż już do końca dnia przedrzeźniał moje „ale po co?”.

Warto zajść na obiad do Tawerny. Halibut dobrze zrobiony. Nic nie można zarzucić. Dorsz w cieście piwnym także warty spróbowania.

Dobre podsumowanie wyjścia.

A obok koniecznie na lody do „U lodziarzy”. Przepyszne. Jako lodziarnia wskakują na moje top 5.

Ale ten widok z Klifu. Czuję się zakochana, zauroczona, odurzona.

Zdjęcia: Gdynia Orłowo, Klif i pobliże.  08.2017

Jakie czasy, takie Salem? – Proszę więcej życzliwości i współodpowiedzialności

Dlaczego rowerzyści i kierowcy się nie znoszą? Dlaczego kierowcy się wzajemnie krytykują (bez względu na płeć)? Dlaczego pielęgnuje się uprzedzenia i niezrozumienie, zamiast edukować? Dlaczego szuka się czarnych owiec, gorszych od siebie?


Fabuła „Czarownic z Salem” raczej nie jest tajemnicą. Gdy na przedstawieniu w Teatrze Wybrzeże (fenomenalne wykonanie!) jedna z bohaterek mówi, że lekarz kazał przekazać, że choroba jest działaniem sił nieczystych, przez widownię przeszedł śmiech. Sama się zaśmiałam gorzko. Czy coś się zmieniło? Makkartyzm był jednorazowy? Czyżby? A czemu niby ma służyć odcinanie ludzi od reszty świata? Czemu ma służyć taka izolacją, jaką stosuje się nie tylko w Polsce?


„Trzeba się bać uchodźców”. Badania pokazują, że 99% Polaków nie spotkało nigdy Araba czy muzułmanina. Media i współczesna polityka, ale też religie, zbudowane są w dużej mierze na poczuciu zagrożenia. Dlaczego natomiast nie mówi się o bezpieczeństwie? Dlaczego nie mówi się o tym, żeby się czuć bezpiecznie i z większą ufnością oraz otwartością podchodzić do innych, do różnic, do obcych? Dlaczego zamiast edukacji i oswajania zostawia się niewiedzę i  obawy? Uprzedzenia wszelkiego typu pielęgnowane są lepiej niż bananowce w ogrodach botanicznych.

Dużo pytań, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Problem pozostaje ten sam: pogłębiane są podziały na tle  poglądowym czy religijnym, nie mówiąc o etnicznym, zamiast stosowania w praktyce prostej zasady: jesteśmy równi wobec prawa (oby ono jeszcze było mądre!) danego kraju i nie ma innego podziału na lepszych czy gorszych. Punkt.  


Ostatnio rozmawiałam na temat zachowań rowerzystów i kierowców. To dość nieśmiertelny temat i zastanowiło mnie mocno, dlaczego tak się dzieje. Przyjęłam dwa założenia: po pierwsze, nie są określone normy a po drugie nie są określone konsekwencje. Dobrym punktem odniesienia jest Holandia. Amsterdam zachwyca pod wieloma względami, ale szczególną uwagę budzi relacja rowerzyści – reszta świata (w tym kierowcy samochodów). W Holandii rowerzysta to święta krowa. Należy na nich uważać i jest to powszechna norma. Kompromitujące byłoby oburzenie się na rowerzystę. Powtórzę, bo to ważne: to norma. O tym się powszechnie wie. Myślę, że małe, holenderskie dzieci uczone są tego już w łonie matki. Jak nie wcześniej. Oczywiście rowerzyści przestrzegają przy tym przepisów prawa drogowego ogólnie panującego i nie spotka się rowerzysty na ekspresówce, co zdarza się w Polsce.

Inny dobry przykład: kultura jazdy samochodem w Niemczech. Jeśli ktoś trąbi bez powodu, to raczej przyjezdny. Niestety, przyjezdnych jest sporo, więc zachowań odbiegających od norm spotyka się coraz więcej, nadal jednak różnica w kulturze jazdy jest zdecydowanie zauważalna między np. Niemcami a Polską, szczególnie na drogach ekspresowych bądź autostradach.  W Niemczech raczej rzadko zdarzają się wymuszenia pierwszeństwa, korki przez to, że nie działa zasada zamka, czy wjechanie przed auto pędzące lewym pasem. Zastanawiałam się z czego to wynika, oczywiście pierwszą rzeczą są potwornie wysokie mandaty, drugą to, że ich się nie szczędzi, ale trzecia i czwarta jest ważniejsza: (3) ludzie znają normy i (4) czują się współodpowiedzialni za kulturę jazdy. To jest klucz, którego nie ma w Polsce. Przepisy są czarną magią dostępną dla odważnych, którzy zdobędą się na znalezienie ich i jeszcze interpretację, natomiast kultura jazdy na rowerze, czy bycie pieszym albo kierowcą, nie nadążają za zmieniającą się infrastrukturą. Ja sobie to tłumaczę tym, że ludzie po prostu nie wiedzą, co jest słuszne, a co nie, przez to każdy uważa, że jego racja jest bardziej. O co ciężko kogokolwiek winić.

Tylko co z tym zrobić? Rowerów coraz więcej, samochodów także i dróg ekspresowych i dróg w miastach i pieszych. Doskonale. Dobrze by było, żeby za tym szła też kultura i współodpowiedzialność. Każdej jednej osoby. Najpierw uporządkować i dostosować odpowiednio przepisy, wdrożyć je poprzez porządną edukację, a równocześnie dobrymi przykładami edukować ludzi i wprowadzać kulturę współodpowiedzialności w ruchu ulicznym. Bez tego ludzie będą robili to, co uważają za słuszne. I nie można ich za to winić. Myślę, że po prostu każdy z nas tak działa i jeśli nie poznamy innych zasad, nie wiemy, że należy inaczej, bo tak będzie też lepiej, to… nie wiemy. Dopóki się nie zacznie wprowadzać jakiś ogólnych norm, to ludzie będą się na siebie wzajemnie wkurzać, wyzywać, obrażać. Wolałabym, żeby tego unikać, bo trudno każdemu z osobna tłumaczyć, że tamten po prostu nie pomyślał, bo nie wiedział, że  w ogóle powinien o tym pomyśleć. Nie można wkurzać się na ludzi, bo nie wiedzą o istnieniu czegoś, albo nie są przewidujący tak samo jak my. Ta współodpowiedzialność wbrew pozorom daje nam bezpieczeństwo każdego jednego dnia. To, że o sobie wzajemnie myślimy w przestrzeni mniej lub bardziej publicznej, że w miarę staramy się pamiętać o normach, przepisach albo zwykłej życzliwości, jest podstawowym źródłem bezpieczeństwa. Naprawdę. To, że uskoczymy, żeby ktoś nie wjechał w nas wózkiem w sklepie zapatrzony w inne miejsce, to że przepuścimy kogoś, kto pozornie wymusza, a po prostu dla niego to ostatni moment, żeby zjechać na wjazd, to, że się zatrzymamy, bo widzimy pędzącego rowerzystę, który nie patrzy na boki, to, że podniesiemy sweter, który spadł przechodzącej matce z dzieckiem i jej podamy, to, że się uśmiechniemy do mijanych obcokrajowców, nasza życzliwość pulsuje każdej minuty współistnienia w świecie.

 

To, jak inni się czują przy nas, jest bardzo związane z tym, jak my się czujemy przy nich. Warto o tym pamiętać. 

Chciałabym, żeby media, politycy, religie, pomagały ludziom współistnieć a nie się siebie bać.

 

 

Zdjęcie:  Kraków, 07.2017

Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Lubisz filmy s-f? Ja też. To znaczy ja tak 🙂 Ostatni hit: Valerian i Miasto Tysiąca Planet. Czy warto na to iść?

Tak, jeżeli lubisz, gdy:

  1. Rola kobieca, główna bohaterka, to młoda, silna dziewczyna, odważna, dzielna, z zasadami i sercem. Pewna siebie, gdy trzeba arogancka, pyskata i twarda. Gdy trzeba, ma łzy w oczach. Kocham takie bohaterki. I duży plus za jej stroje i luźne fryzury. Rewelacja.
  2. Efekty specjalne wbijają w fotel. W kinie ciągle się wydaje, że już wszystko było, ale akurat s-f chyba nie ma granic. Tu ponownie się o tym przekonujemy. Świetne widoki, obrazy, akcja. Postaci są z nami za krótko, żeby się przywiązać, są słabo zarysowane, ale cała akcja trwa przecież tak krótko, że może być. To nie saga, a rozrywka na 1,5h. Muzyka mogłaby być lepsza, jeśli się do czegoś przyczepić.
  3. Nie dziwię się, że twórcy postawili na młodych bohaterów, chociaż pierwowzory zdają się być starsze. W tym wypadku kino stawia na młodych, to im ma pomagać budować wartości, pobudzać wyobraźnię. Pewnie, że dla starszego odbiorcy fabuła będzie dziecinnie ujęta, dialogi płaskie jak holenderskie pola tulipanów,  ale kompletnie nie mam z tym problemu. Walka dobra ze złem forever.

Dla mnie to była uczta sf. Byłam na 2D, ale jestem pewna, że 3D albo 4D są rewelacyjne w doznaniach.

Chętnie poszłabym na występ dany przez Bubble na żywo. Bardzo. Bardzo. 😉

Czy poszłabym na niego jeszcze raz? Pewnie, bo ja chętnie wracam do wielu filmów s-f. Nie spodziewam się zaskoczeń po fabule , a właśnie po wykonaniu i efektach i tu spokojnie dostałam tego dużą dawkę. Cudo.

Jak ktoś się zastanawia czy iść, to niech przestanie i idzie zaopatrując się oczywiście w kubeł popcornu 🙂

 

 

Zdjęcie: plakat filmu.

 

Idealistka 2017

Im bardziej świat szaleje, tym bardziej chce się ideałów.
Ostatnio z pasją oglądam Doktora Who. Tak na marginesie, już wiem kto jest alter ego Doktora House’a. Heh. Doktor Who to idealista, o co go pewnie nikt nie podejrzewa. Właściwie mam za idealistów wszystkich, którzy wierzą w innych. Dają im szansę. Nie skreślają ich na dzień dobry i nie robią tego nigdy bez powodu.

Jestem idealistką. Wiara w miłość, siłę nadziei i w cuda jest dla mnie oczywista. Wierzę, do tego, że może być lepiej. Wierzę, że świat nie idzie wcale na zatracenie, wierzę, że z założenia ludzie chcą dobrze, chociaż dla każdego oznacza to często co innego. Etyka i moralność są jedynymi skalami jakie znamy, a do tego tak ułomnymi.

Wiem, że założenie  – serce albo rozum – jest wybrakowane. Zauważ, kierowanie się rozsądkiem, wcale nie wyklucza uwzględnienia emocji. Wyłączenie emocji, wcale nie oznacza kierowania się rozumiem. Można działać bezdusznie i bezrozumnie (świadome oszukiwanie ludzi). Można emocjonalnie i głupio (wchodzenie w na wstępie wiadomo że szkodliwy związek), można mechanicznie, ale mądrze (jak chirurg). Za łatwo poddajemy się schematom, co nie znaczy, że musimy. Kwestia wyboru.

Jestem idealistką. Dopóki otaczam się ludźmi, którzy mają podobne podejście – co wcale nie znaczy podobne poglądy!, to wiem, że jest szansa, że świat nie utonie w strachu, hermetycznych podziałach, rasizmie, ksenofobii i wszystkim, co jest tak negatywnie prymitywne. Idealizm na tym polega, że czasami nie ma prawie żadnych przesłanek, żeby w niego wierzyć.

A ja uważam, że warto i trzeba. Po prostu. Idealizm jest jak tlen w czystym lesie, bez smogu, albo nad brzegiem morza. W tle śpiew ptaków, nad głową błękitne niebo z cudnymi chmurami. Wchodzę do niego po to, żeby nie zapominać, że jest. Jest jak Fantazja z „Niekończącej się opowieści” – istnieje, dopóki wierzą w niego ludzie. Jak przestaniemy wierzyć w ideały, to znikną. Wdycham głęboko świeże powietrze. Czuję jak wypełnia płuca. Serce bije, mięśnie się rozluźniają. Wiem, że to ma sens. Musi mieć. Nie ma planu B.

Ostatnio zadałam przyjacielowi pytanie:

  • Myślisz, że gdyby zaatakowali nas kosmici, to porzucilibyśmy jako rasa te wszystko sztuczne podziały na religie, kolor skóry, poglądy i wystąpilibyśmy jako jedność?

Zgadnij co odpowiedział. I powiedz, jak Ty myślisz?

Bo moja odpowiedź jest chyba oczywista 🙂

Im bardziej to wszystko się rozsypuje, tym bardziej wierzę, że musi wykluć się z tego coś nowego i to będzie lepsze. Tylko nie wiadomo, jak bardzo poturbowana wyjdzie z tego ludzkość.

I patrząc na ten pędzący świat, z którym sama nauczyłam się pędzić, chociaż w stylu slow czuję się doskonale, ale jednak moja równowaga jest między skrajnościami, więc patrząc na ten pędzący świat, zatrzymuję wzrok na tym co kocham, co cenię, na ważnych dla mnie ludziach i sprawach i wiedząc, że nic nie trwa wiecznie myślę sobie tylko: dziękuję, że mogę tego doznawać. Chciałabym, żeby każdy miał swój kawałek nieba, do którego nikt mu nie wchodzi siłą, o który nie musi walczyć, w którym czuje miłość, szacunek, zaufanie i jest sobą.

Dużo ludzi mówi mi, że mam szczęście. Dużo ludzi, których znam, uważa, że mają pecha (nawet w drobnym sprawach). A moja ukochana psycholog uważa, że nie ma ani szczęścia, ani pecha – wszystko jest kwestią postrzegania.

Jedno wiem na pewno – jestem idealistką. Wierzę w pozornie niemożliwe, nieosiągalne. Życie pokazuje, że mało je znamy. Może idealizm w takim ujęciu to po prostu pokora? Hm?

Bo skoro nie mam pewności, że coś jest NAPRAWDĘ niemożliwe, to dlaczego nie mam wierzyć, że jest?

Nie wybierajmy między sercem a rozumiem. Szukajmy złotego środka, na swój sposób i w swoim własnym tempie.

 

Miłego weekendu 🙂

 


Kayah wydała cudny singiel. Czekam na płytę.

PS. Za to ją kocham, jak milczy, to milczy, ale jak już coś nagra, co ciarki przechodzą i ciało samo tańczy a dusza śpiewa:

 

Zdjęcie: ML76 :), Gdańsk 07.07.2017  #41

 

 

PS. Dlaczego Lasara? Tak jest krócej (w końcu jest to skrót) i mi się podoba i to mi pasuje do koloru paznokci 🙂

Demokracjo, ty jesteś jak zdrowie…

Mamy demokrację. Jeszcze, bo obecny rząd już kombinuje, żeby zmienić konstytucję. Nie łudź się, że to będzie dobra zmiana. Nasza obecna konstytucja jest optymalna, tylko trzeba jej przestrzegać. Obecny rząd straszy przed islamem, a chce wprowadzić jego katolicką wersję. Nie chcę państwa wyznaniowego. Chcę Polski świeckiej. Chcę Polski, w której każdy Polak będzie u siebie, a nie tylko katolicy. 

Czytaj dalej „Demokracjo, ty jesteś jak zdrowie…”

Wielka przemoc. Dość. 

Chciałabym pisać o czymś lekkim i przyjemnym, ale jeszcze nie pora. Nie chcę udawać,  że nie widzę. Bo nie pora na to.

Przemoc. Niewiele z nas – ludzi lat  ’70 – może powiedzieć,  że nie było bitych w dzieciństwie. Każdy chociaż raz dostał lanie.  Ba, wielu uważa,  że to było dobre i wychowawcze. Dramat.

Wielu kobietom nie przyśniło się nawet rzucić w diabły prześladującego męża. Strach. Wstyd. To czasy, gdy wstydziła i nadal wstydzi się ofiara a nie prześladowca. Czy coś się zmieniło?

Czytaj dalej „Wielka przemoc. Dość. „