Po czym poznać, że ktoś jest w nas zakochany?

Zakochanie, zainteresowanie, odczytywanie, ocenianie. Długo czekałam na odpowiedni zapalnik, bo tło znalazłam już w maju w postaci poniższego zestawienia:

http://www.polityka.pl/galerie/1705662,1,po-czym-poznac-ze-ktos-jest-w-nas-zakochany.read

To wszystko oczywiście może być prawdą, ale w zdecydowanej większości przypadków nie jest. Dlaczego? Czy da się ocenić, że ktoś jest w nas zakochany?

Czytaj dalej „Po czym poznać, że ktoś jest w nas zakochany?”

Reklamy

Brak planu B – na żywioł

Możliwość wyboru jest dobra. Jego pewność jeszcze lepsza.

Kiedyś pewien bloger napisał, że przyszedł moment, że postawił wszystko na blogowanie. Teraz (v)blogerzy mają łatwiej, bo ten sposób życia jest już przetarty i dość prosty. Jak ktoś łapie falę i na niej pozostaje, to nie musi już się wahać – dla agencji reklamowych i firm współpraca z blogerami nie jest już niczym nowym. Kiedyś, gdy tę decyzję podjął bloger o którym myślę, to nie było wcale oczywiste. On był jednym z pionierów podejścia do blogowania jako zawodu. O ile nie był pierwszy. Postawił wszystko na jedną kartę przy jednoczesnym braku pewności rozwoju wydarzeń. Pewien był tylko, że stawia wszystko na ten plan. Słusznie założył, że musi się skupić na jednej sprawie. Oczywiście zawodowe blogowanie to nie jest tylko pisanie notek na bloga. Jak ktoś tak myśli, to jest w błędzie. Blogowanie zawodowe to w istocie tak samo angażująca praca, jak każda inna. Ale ja nie o tym. W tym wypadku chodzi o podjęcie decyzji.

*** Inny przykład

Czasami rekruterzy zapraszają mnie do udziału w procesach rekrutacji. Można na to spojrzeć z kilku punktów. Po pierwsze, to miłe, że mnie wyłapują. Po drugie, to dziwne, że zapraszają mnie do starania się o pracę w branżach mających niewiele wspólnego z moją obecną branżą. Po trzecie, to ciekawe, że zakładają, że jestem zainteresowania szukaniem nowej pracy (bo z mojego profilu na LinkedIn nie wynika to w żaden sposób). Rozumiem to z jednego powodu – jest bowiem szkoła, która mówi, że od czasu do czasu dobrze jest pójść na rozmowę rekrutacyjną, nawet jeśli nie szuka się pracy. Po prostu dobrze jest dla siebie sprawdzić, jakie się ma szanse, a po za tym, kto wie, może dostaniemy propozycję nie do odrzucenia.

Hm. I tu jest taka kwestia, że dla mnie to tak, jakby będąc w związku co jakiś czas pójść na randkę z kimś innym. Z tych samych powodów – bo dobrze czasami się sprawdzić, a nuż do tego znajdziemy jeszcze większą miłość naszego życia.

Tak, to prawda, praca to nie związek. Jednak szukając swojego ideału trzeba wiedzieć, czego się chce. Nie da się inaczej. Istotą sprawy jest to, żeby wiedzieć kiedy… nie przedobrzyć w danym momencie życia.

Czy można wogóle przedobrzyć? Co to znaczy? Myślę, że to ma związek z docenianiem tego co mamy. Bez kompleksów, bez kompromisów większych niż zgodne z nami. Nie chodzi bynajmniej o podejście „i tak nie zasługuję na nic/ nikogo lepszego”, o to to nie!

Chodzi o to, żeby naprawdę wiedzieć co się ma, z kim się jest i dlaczego i dlaczego nie szukać nic innego w danym momencie. Czy to na dziś możliwy ideał?

Dlaczego w danym momencie?

No cóż. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego w życiu. Zdarza się jednak, że czasami nurt życia, bieg wydarzeń, rozwój nasz własny osobisty i zmiany otoczenia powodują, że przestaje nam być dobrze. Zaczyna być ciasno, zaczyna uwierać, a czasami krzywdzić. Krzywa w dół jest niezaprzeczalnie nieodwracalna. Zdarza się. I wtedy nie ma co się szczypać, iść na tę rozmowę (nawet z zupełnie innej branży) albo iść na randkę z nowopoznanym. Sprawdzić, gdzie się jest w życiu.

Tak, czasami to po prostu koniecznie, żeby nie skończyć pod mostem własnych rozczarowań i źle obstawionej pozycji. Owszem z takiego stanu się też da wyjść, ale jest to o wiele trudniejsze niż czucie swojego życia, potrzeb, pragnień w miarę na bieżąco. Gdy tak jest, to nie potrzeba żadnego planu B.

Mam starego znajomego, który czasami widzi, że się bardzo dystansuję. Robię to, potrzebuję tego, żeby sprawdzić, czy jest tak jak ma być. Bez pewnej odległości nie da się tego ocenić. Tak samo mam z przyjaźniami, czy nawet z małżeństwem, ale też rodziną. Wiedzieć, gdzie się jest w życiu. Czego się chce w danym momencie, okresie życia. Mistrzowie nawet wiedzą, dokąd zmierzają. Ja tego nie wiem. Nie mam planów długoterminowych (na dziesiątki lat). Mam marzenia. Gdybym je zmieniła w plany, jak radzą wszyscy coachowie świata, to pewnie bym inaczej żyła. Tylko że mieć plan oznacza ustawienie życia na jego realizację, prawda? A ja nie chcę się ograniczać. Wolę wiedzieć, przy tych check pointach (punktach kontrolnych), że dziś jest OK (praca, związek, relacje, ja). Wolę poczucie, że idę w dobrym kierunku. Że rozwijam się w satysfakcjonujący mnie sposób. Nie mam masterplanu na życie. Może po prostu jeszcze na niego nie trafiłam?

Na dziś wystarczy mi poczucie pewności w odniesieniu do podjętych dotychczas decyzji. To i tak dużo, chociaż pewnie niewiele patrząc na obecne podejście różnych mistrzów życia.

Jakoś nie widzę powodu, żeby się godzić na podejście, że jeśli nie wiem, co chcę robić za 10 lat, to jestem w czarnej dupie. Wolę nie wiedzieć, co dokładnie chcę robić za 10 lat, bo może, to co będę robić, będzie kumulacją moich marzeń z dziś? Tak jak to, co mam dziś, jest kumulacją moich marzeń sprzed 15-20 lat a nawet nie umiałam sobie tego wyobrazić?

Także cóż. Dla mnie brak planu B jest szalenie ważny, dopóki nie czuję potrzeby budowania go. Życie i tak zaskakuje. Brak wątpliwości na dziś to i tak wielki sukces,

bo kto wie, co przyniesie jutro… 🙂

Nie dajmy się zwariować.

Zdjęcie: Przywidz. Hobbitowe Wzgórza. 2017.

Seriale HBO dla których warto zarwać noce

Kto ma HBO GO też rządzi. Nic nie poradzę.

Jak się już rządzi, to można sobie zarządzić zarywanie nocy. Nie każdy serial dał nam tę możliwość, bo HBO nie jest takie łaskawe i dawkuje niektóre serie, ale i tak warto czekać. Niektórych nie dawkuje i można zarwać noc, spędzić weekend na kanapie przekładając się z jednej strony na drugą z przerwą na papu. Dziś podam moje TOP 9+1 (pomijam takie kultowe odwiecznie oczywistości jak „Seks w wielkim mieście”):

  1. Gra o tron. – bez komentarza. Wiadomo.
  2. Wielkie kłamstewka – fantastyczny. Również bez dodatkowego komentarza.
  3. Westword. Nie znasz? Nie rozmawiam z Tobą.
  4. (Miasteczko) Twin Peaks (obie serie + film) – Lincha trzeba czuć. To znaczy czuć to się go jeszcze da, ale końcówką to nawet mi rozwalił system. Nienawidzę go. I kocham. Nie wiem co bardziej. Tak się nie robi. Ale kocham za abstrakcję. I tyle.
  5. Młody Papież (kocham, do końca)
  6. Pakt (polski i dobry)
  7. Gwiazda szeryfa (Tin star). Popieprzony. Tak w sam raz na weekend.
  8. [rokujący] Kroniki Time Square. Niestety ten też idzie pojedynczymi odcinkami, a ja tak lubię wejść w świat i sobie w nim posiedzieć.
  9. Rozwód (ale jest tylko 1 sezon 😦 Ubawił mnie jednak momentami do łez. Czekam na kolejne sezony, ale coś mi się zdaje, że nie będzie.

Lubię zaglądać do „Figurantki”, ale nie mogę złapać flow na zarywanie nocy. To samo z „Graczami” i „Californication”.  Czaję się na „Watahę”.

Czyli co? Lubię to co wszyscy: seks, krew, pieniądze. [Mlask].

  • bonus od mojego męża:
  1. Tabu (bo to nie mój klimat), nie wiem, może czegoś ma za mało i czegoś za dużo i już mnie nie porywa. Życie.

Poza HBO – no wiadomo. „Doktor Who”. A wieść gminna niesie, że będzie kobietą. Ja już czekam. Na inne kanały już za bardzo nie mam wolnego czasu. Comedy central też wiadomo, gdy chce się zamęczyć na amen „Teorię” czy „Przyjaciół”, ale poza tym? Co warto zobaczyć?

Hm?

Bo chyba coś tam jeszcze zostało w kosmosie do zobaczenia w obszarze seriali, prawda?
Zdjecie: mój kanaping serialowy. lato 2016.

 

 

 

 

Pasaż kulturalny

Dawno nic nie polecałam i nie mam żadnego wytłumaczenia. No dobrze, mam, trafiałam na zbyt wiele treści, które były dobre na raz i generalnie nic we mnie nie pozostawiły. Nawet dobrego wrażenia. Więc cóż. Są 4 tytuły, które jednak chcę polecić. Dwa filmy i dwie książki.

Zacznijmy od filmów:

  1. Król Artur. Legenda miecza. (2017)

Wydawało mi się, że tę historię opowiedziano już w każdy sposób. Lepsze, gorsze, beznadziejne, fantastyczne, ale jednak w każdy. Okazuje się, że nie. Zakochałam się w tym filmie. dynamika, budowa, rozmowy, zdjęcia, efekty. Bardzo na tak.

Mój lubiony kawałek:

  1. Początek (2014)

To starsza pozycja, ale wcześniej jej nie znałam. Lepiej późno niż wcale. Fascynujące podejście do genetyki, ale i reinkarnacji. A co jeśli się odradzamy, czy mogłyby być tego dowody? Co na to może powiedzieć nauka? Nie wiem, ale polecam film. Naprawdę warto. Nie jest to oczywiście film wszech czasów, ale czasu przy nim nie zmarnowałam.

A teraz dalej:

Dojrzewanie do określonych książek to taka trudna sprawa. Są książki, które stoją na moim regale od dawna. Po kilku stronach odkładam z powrotem, bo nie możemy złapać wspólnego rytmu. Jednak przychodzi pora, że słowa zaczynają płynąć odpowiednim nurtem przez moje myśli i czytana opowieść płynie w mojej głowie, aż z niechęcią dochodzę do ostatniej strony. Dwie książki doczekały takiego momentu. Hm. No jedna i pół :

  1. „Kobieta i mężczyźni” Manueli Gretkowskiej.

Okazuje się, że po 40tce pokochałam jej język i jest szansa, że wejdzie na listę moim ulubionych pisarek. Bardzo podobają mi się metafory, jakimi operuje. Pasują. Podoba mi się, jak zbudowane są postaci. Bez przesady, bez niedosytu. Tak się opowiada. Opowieść o kobiecie. I mężczyznach w jej życiu. Ale nie tylko. To powieść intuicyjnie życiowa. Nawet jeśli nie o naszym życiu, to nie jest oderwana od rzeczywistości. A trafne opowiadanie o rzeczywistości wcale nie jest takie oczywiste. W tej pozycji mamy dość ciekawe podejście do uczciwości wobec siebie. Ciekawa też jestem, czy kolejne tytuły też tak odbiorę. Ale spokojnie. Nie wszystko na raz. Teraz jestem w połowie:

  1. „Shantaram”. Gregory David Roberts

Książka nazywana jest Świętym Graalem. Wg mnie lekka przesada, ale na pewno warta poznania. Zderzenie światów, niby znajomych (dla jednych czy drugich), mieszanka fikcji i rzeczywistością, jaką ludzie z reguły znają tylko… z książek, albo filmów. Fantastyczne myśli przeplatają się między dialogami. Ale to już warto zaznać osobiście. Jak wspomniałam jestem w połowie. Może druga połowa mnie rozczaruje? Nie… Chyba.

Chociaż od razu uprzedzę, ta książka ma jedną kolosalną wadę: przed objętość strasznie niewygodnie czyta się ją w łóżku 🙂

Tak. Polecam.

Taka jeszcze moja życiowa trochę refleksja: Nie ma złych książek. Po prostu do niektórych trzeba dorosnąć. Lepiej późno niż wcale. Na niektóre nigdy nie jest nasza pora, bo są one po prostu dobre dla innych. Jeśli jakaś książka ma swoich miłośników, albo daje komuś cokolwiek, cokolwiek pozostawia ślad w pamięci, to już jest dobra. Co innego filmy, które można naprawdę łatwiej ocenić, ale książki są, mogą być, zbyt wielowymiarowe w skutkach. To, że coś nie trafia do nas, naprawdę nie świadczy o niczym poza to, że nie trafia do nas. Jeśli coś jednak trafia, to cóż. Dobra nasza. Książka zawsze będzie miała tę przewagę, że wpływa na naszą wyobraźnię stymulując ją. Filmy zawsze będziemy cenić za gotowce. A wrażliwość każdego i tak dopowie sobie i przetworzy to po swojemu. Moja ostatnio miała używanie przy powyższych pozycjach.

Patrząc na swój regał, na niektóre tytuły, które czekają na swój czas, zastanawiam się, czy przyjdzie. Lubię wierzyć, że książki wybieram nie bez powodu i skoro kiedyś po nie sięgnęłam, po przemyśleniu zdecydowałam się kupić, to znaczy, że mam je przeczytać. Ale spokojnie, większość czytam jednak od razu i do końca 🙂

Strasznie lubię książki, które jednak coś ze mną robią. Chcę od nich czegoś, czego nie da żadna inna forma. Chociaż to może być złudny klucz, bo nawet książki kucharskie to w sumie potrafią… Raczej to kwestia etapu życia, punktu, stanu. I tyle. Teraz u mnie jest pora na to co powyżej.

Zdjęcie: jak widać 🙂

Kraków. Smaki.

Zapraszam na smaczną wizytę w Krakowie. To miasto jest na liście moich ukochanych i wracam tu zawsze z przyjemnością. Chodź ze mną, bo tym razem opowiem o jedzeniu (ale będzie krótko, obiecuję):

Rowerowe cienie. Ładne, prawda?

Przerwa na kolację:

sdr

sdr

Restauracja przy ul. Floriańskiej. Wchodzi się przez bramę i jak widać sama sala restauracji jest zaadaptowanym dziedzińcem. Tym naprawdę jest wyjątkowa. Chociaż pewnie nie w Krakowie, bo tu osobliwością są normą 🙂

Dania były przepyszne, ale co nie umykało uwadze, finezyjnie podane. Niestety nie zapamiętałam (nie zapisałam) nazwy restauracji a przez to nie sprawdzę też nazwy dań, ale jeśli kojarzysz to miejsce, to podaj adres w komentarzu, bo jest warte polecenia.

Update : znalazłam (z wyrazami podziwu dla szefa kuchni) . To restauracja „Pod różą”. Dania, które dopieściły moje podniebienie :

Mus z koziego sera, burak, pistacja, ocet.

Łosoś, ramanesco, kalarepa, pumpernikiel, sos gribiche.

Na zdjęciach jest jeszcze przystawka, której nie ma na karcie. Dostaliśmy ją jako bonus od szefa kuchni. To musi być pasjonat. Bez dwóch zdań.

Bardzo mi się podobało, że nazwy są tak proste i minimalistyczne. Właściwie zawierają skład. Szef kuchni wyszedł ze słusznego założenia, że wygląd i smak powiedzą istotę.

Wbrew pozorom dania są sycące.

Kolejne miejsce z cudownym jedzeniem. Żydowska restauracja na Kazimierzu. Ariel. nie dość, że jedzenie przepyszne, to miejsce klimatyczne jak i kelnerzy z dobrą energią.

Tu naprawdę polecam następujące pyszności:

Zupa berdyczowska z wołowiną, miodem i cynamonem

Karp po sefardyjsku duszony z pieczarkami i cebulą

Sernik Pascha

Wzięłam je, chociaż generalnie nie lubię ich nigdzie indziej. Z jednej przyczyny: muszą być doskonale przyrządzone. Tam są.

Na Wawelu jest włoska restauracyjka, ale tam skusiłam się tylko na krem z pomidorów.

I co?

Mówiłam, że będzie krótko 🙂

Król jest nagi, a energia jest potrzebna

Ktoś to czasami musi powiedzieć. Król jest nagi. Żyjemy w czasach, gdy polityką zajmują się ludzie, którzy się na niej mie znają. Chcą władzy, rządu dusz i kasy oraz pozornego prestiżu. To dotyczy też często ludzi wielu innych zawodów. Mistrzowie pozorów mają swój czas. To era złudzeń.

A akurat polityka to ludzie, ludzie to emocje i energia. Ja się na samej polityce nie znam, bo jestem na to za młoda, ale słuchając p. Biedronia myślę sobie „o boginie, chciałabym go na prezydenta”.

Pamiętam go z czasów, gdy był posłem i kurcze, on zawsze mówił tak, że czułam wewnętrzny spokój, że ten człowiek to jest to. Taką energię chciałabym czerpać jak najczęściej.

Zobaczymy, co powiem tym wpisie za 5, 10 lat.

Fajnej energii, emocji nigdy dość. Nawet na zapas.

#makeawish

Zdjęcie : nowiewiórka. Łazienki. 07.2017

Wielkie jest piękne – lotniska i myślenie

Kocham klimat dużych lotnisk. Różnorodność ludzi. Kierunków. Lądujące i startujące samoloty. Czekanie. Bieg jednych , senność innych. Wszyscy jesteśmy tam w tym samym celu. W drodze.

Kocham lot samolotem. Czasami patrzę przez okno, zachwycona chmurami i horyzontem. Czasami horyzontem zdarzeń – po przeżytych wydarzeniach przed lotem. Czasami drzemię w dosłownym poczuciu oderwania od Ziemi. Inny punkt widzenia. Nie przestaje mnie zachwycać. No może nie tak jak za pierwszymi razami, ale jednak.

Ostatnio usłyszałam, że gdańscy celnicy/ osoby kontrolujące pasażerów są niesympatyczni. Nie mam aż takiego porównania, bo byłam kontrolowana na niewielu lotniskach (przypominają mi się na szybko Monachium, Frankfurt, Koeln, Hong Kong, Malmo, Warszawa, czyli statystycznie niewiele), ale wrażenie mam wszędzie takie samo: Celnicy robią swoje. Odpowiedzialność. Gdy myślę o ich odpowiedzialności, to mnie dreszcz przechodzi. Niech robią swoje i będą w tym dobrzy. Oczekiwanie od nich jakieś dziwnej uprzejmości jest niepoważne. Dla mnie ich skupienie jest najzwyczajniej oczywiste. Od ich dokładności zależy, czy np. ktoś nie będzie biegał po samolocie z nożem, albo nie będzie terroryzował ludzi na lotnisku.

Czasami komuś wymsknie się uśmiech przy skończeniu kontroli. Ale to osobliwość, miła, ale nie konieczna. Ja zawsze dziękuję im z lekkim uśmiechem. Bo czemu nie, ale ja jestem tylko człowiekiem w drodze, wyluzowanym pasażerem. Jednym z setek, jakich zobaczą tego dnia. W wielu zawodach można być w miarę wyluzowanym kwiatem lotosu, w niektórych nie. Skupienie, skrupulatność są podstawą. Ciągłe uśmiechanie się przy tym byłoby głupkowate. To jak wyobrażenie uśmiechającego się chirurga w trakcie operacji. Odróżnienie skupienia od uprzejmości nie należy do specjalnych zdolności.

Swoją drogą mało co jest tak przereklamowane jak uśmiech. Hasło „uśmiechnij się”. Nie ufam ludziom wiecznie uśmiechniętym, bo uśmiech musi pasować do sytuacji, emocji, chwili. Przecież on coś wyraża. Jego brak jest czasem o wiele lepszy.

Ale jeśli chodzi o slogany, jeszcze jest „świadome życie”. Jak słyszę slogan- „żyj świadomie”, to się zastanawiam, co za idiota to wymyślił. Wie ktoś? Ale ktoś, kto żyje świadomie, bo wiadomo, jak ktoś żyje nieświadomie, to… Dżiz. Przecież każdy żyje świadomie. Różnorodność tkwi w jej obszarach, poziomie, postrzeganiu, zmianach. Za dużo tych skrótów myślowych w przestrzeni, dlatego się czepiam. Dla higieny.

Wielkie lotniska, cały świat na chwilę zebrany w jednym miejscu. Podobnie jak w wielkich miastach. Kocham to.

Kocham. Być obywatelem świata. Na lotniskach jest to najbardziej odczuwalne. Magia.

Staram się pamiętać, że ludzie będąc w pracy często muszą być tacy czy inni. Wrzucają tryb samodyscypliny. Sama to praktykuję. W takich chwilach pełnej koncentracji szeroki uśmiech jest ostatnim wyrazem twarzy, jaki by pasował do emocji.

Szanuję to i rozumiem u innych. Po prostu. To strasznie ułatwia percepcję i przyjmowanie świata.

Wszędzie.

Zdjęcie: lotnisko Koeln, 09.2017

Rób co chcesz

Świat każe nam się bać. Wszyscy robią co mogą, żeby wzbudzać niepokój. Mamy się bać zagrożeń zewnętrznych, wewnętrznych, emocji, obcych, swoich, starości, młodości, jedzenia, powietrza, zwierząt, chorób, ataków, kosmitów, podatków, przepisów, skoków cen, ocieplenia globalnego, bakterii, spojrzeń, słów, dotyku, seksualności, otwartości, śmiechu, płaczu, złości, burzy, ciemności, pająków, spontaniczności, prędkości i powolności, śmierci i życia, ludzi i zwierząt.

Strach ma być emocją, która podszywa nasze życie w każdej sekundzie. Ma nakręcać, hamować, blokować, motywować. Ma być początkiem i końcem. „Boję się….” ma zaczynać każdą myśl, działanie i stagnację.


Nocuję w hotelu. W nocy zachciało mi się pić. Zapaliłam lampkę, podniosłam kołdrę, a spod mojego uda wybiegł duży, czarny pająk. Wyskoczyłam z łóżka z lekkim krzyknięciem. Stanęłam obok i patrzyłam na pająka biegającego po białym prześcieradle w panice. – Idź już sobie – powiedziałam do niego. Zatrzymał się i wybiegł pod materac. Widziałam, że był bardziej spanikowany niż ja. Oczywiście, że w pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, żeby go zabić. Szybko jednak oddaliłam ją. Nie zabijam pająków, nigdy tego nie robiłam. Najwyżej krzyczałam jak oszalała, bo to było silniejsze ode mnie.

Całą noc spędziłam w lekkim czuwaniu. Ciężko było zapaść w spokojny sen. Ale to nie strach. Obserwowałam to uczucie, ale to nie był strach. Czułam, że to ja wdarłam się na jego teren i mnie tam nie powinno być. Tak wyszło. Nie, nie bałam się. Po prostu nie chciałabym, żeby znalazł się w którym z moich otworów. On pewnie też by tego nie chciał. Pilnowałam naszej wolności. Mojej i jego. Gdyby nie to, nie zobaczyłabym, że się nie boję już pająków. Czym jest zarwana noc, w obliczu takiego wniosku 😉


Zostałam sama w firmie, w całym budynku. Kiedyś na samą myśl o tym przechodził mnie dreszcz. Nie wiedziałam o tym, że zostałam sama. Zorientowałam się przed samym wyjściem. Zanim nadeszła pomoc, czekałam dwie godziny. Za wielkimi oknami padał deszcz. Było szaro i cicho. Właściwie przyjęłam ten stan rzeczy ze spokojem. Nie zapalałam świateł. Stałam przy oknach i patrzyłam na spełniające się marzenie: praktycznie za samym oknem, po trawniku przechadzał się bocian. W życiu nie byłam tak blisko bociana. Szalałam wewnętrznie ze szczęścia, bo tak jakoś się składa, że kocham bociany. Stałam w pustym biurowcu, sama, w szarości wieczoru, deszczu płynącym po oknach. Było mi dobrze. Gdyby nie ta sytuacja, nie zobaczyłabym tak blisko i tak długo bociana. A mogłam wrócić do swojego pokoju, usiąść przed laptopem. I to przeżycie by mnie ominęło.


Otwieram internet i trafiam na kłótnie polityczne, na kłótnie między zwolennikami i przeciwnikami szczepionek, homeopatii, ciągle odświeżane są jakieś przeżute, wyplute, przetrawione i wyrzygane wielokrotnie tematy. Czasami sama się kuszę na skomentowanie czegoś, gdy czuję, że ludzie się po prostu bezsensownie wzajemnie straszą i ograniczają. Ale to się dzieje, gdy mam pmsa, bo na co dzień, sama dla siebie, żyję wg motto, które mówi „rób co chcesz”. I generalnie powiem to każdemu, kto się zastanawia „jak żyć?” albo mówi to innym.

Robię co chcę. Nie szukam w cudzej opinii zgody czy poparcia. Nie czekam na akcept. Żyję, jak sama uważam za słuszne. Radzę się tych, których w danej dziedzinie uważam za autorytet, ale to się rzadko dzieje, bo z reguły sama sobie buduję opinię, na podstawie dostępnych wiarygodnych dla mnie źródeł. Cenię sobie naukę, a dla siebie samej jeszcze bardziej własne, zbyt duże na swój wiek, doświadczenie. Koryguję opinię, gdy tylko pojawiają się do tego mocne powody. Ale tak czy inaczej, robię co chcę. Przywykłam do narzekania, czy krytyki, ale przywykłam też do słów uznania. Nie są barometrem. Są tłem, bo wiem jedno na 100% – to ja ponoszę konsekwencje swoich decyzji o swoim życiu, więc o nich też sama decyduję.

Znam reguły i wiem jak postępować wg nich i kiedy je świadomie łamać, albo poza nie po prostu wykraczać. Nie pytam o zgodę. Wkurzam się czasami, gdy ktoś przesadza obok mnie i w grzeczności pyta, czy może coś zrobić (np. Zapalić. No jestem niepaląca, po co to krygowanie się? Wiadomo, że dym nie jest tym, o czym marzę, a jak będzie mi przeszkadzał, to odejdę, ale zapal sobie, skoro chcesz), dlatego myślę (*gdy nie mówię, bo wyrażam to wzrokiem, gestem), czasami mówię – Jesteś dorosły/a. Decyduj. Możesz. Naprawdę. Poniesiesz konsekwencje tak czy inaczej. Najlepszą konsekwencją jest to, że żyjesz jak chcesz. Reguły znasz. Reszta należy do ciebie.


A gdy świat (zewnętrzny czy wewnętrzny) każe się bać, to myślę sobie: bujaj się. Nie będziesz mi mówić, co mam czuć.

I robię to, co sama uważam za słuszne.

Jestem wolnym człowiekiem i nie znoszę organicznie, gdy mnie ktoś/ coś sztucznie ogranicza. Rozpoznawanie faktycznych zagrożeń to zupełnie inna sprawa i tym bardziej trzeba to umieć dla siebie, w sobie, a nie pozwalać, żeby narzucali to inni. Raczej oczywiste.

PS. Przytoczone scenki są tylko przerywnikiem. Istotą jest bezsensowny strach i wieczne wątpliwości. Szkoda życia. Nikt nas nie uczy ufności we własne decyzje i ich słuszność. No to trzeba się uczyć tego samodzielnie.

Najlepiej zrobić z obaw sprzymierzeńca. Największy level…

Zdjęcie: róża w ogrodzie mojego rodzinnego domu. Gdańsk.

Zamach. Co czujesz?

Jak się uczymy nienawiści? To bardzo proste. Włącza się telewizor, otwiera gazetę, internet z doniesieniami o terrorze, zamachu, wojnie. Zostańmy przy zamachu. Co czuję słysząc wieści o kolejnym zamachu?

Nie jestem zwolenniczką udawania, że się nie widzi takich doniesień, bo znieczulica jest pozornym brakiem emocji, bo nie wiem czy można nic nie czuć słysząc o czymś takim. Nie wiem, czy unikanie takich wiadomości nie jest po prostu sposobem na sąsiada, który nie widzi, że obok katowane jest dziecko, kobieta, zwierze. Znieczulica, obojętność, nie wiem, czy nie jest nie tyle aktem bezradności, co też akceptacji. W moich oczach tak.

Wracam do pytania, co czuję słysząc o zamachu? Gdy ostatnio w jakiejś rozmowie powiedziałam, co czuję, to usłyszałam „wstyd mi za ciebie”. Usłyszałam to z ust praktykującego katolika. Czy to ma znaczenie, tak. W tym wypadku tak, bo po katoliku spodziewam się chociażby szczątkowego przyjęcia słów Jezusa. Katolik mi powiedział, że powinnam się wstydzić, bo sympatyzuję z mordercami i ich popieram. Nie rozumiem, jaki dramat spowodowali i takich ludzi można tylko nienawidzić i życzyć im śmierci, gdyby żyli. No tak.

A co powiedziałam, gdy zobaczyłam filmik ze skutków zamachu?

Otóż to, co ja odczuwam, to głębokie współczucie. Do wszystkich. Do ofiar, do zamachowców, do rodzin i bliskich tych wszystkich ludzi. Współczucie.

Jeśli Ciebie ta odpowiedź też zniesmacza(?), uważasz, że jest zła, niesłuszna, chora, to się zastanów.

Za zamachami stoją tragedie ludzi. Dla mnie tragedią jest, że ktoś jest przesiąknięty tak złymi emocjami, poglądami, że chce zabijać i planuje to i to robi. Dla mnie to tragedia. Tragedią jest stanie się mordercą. Tragedią jest mieć taką osobę w rodzinie, wśród bliskich. Po ludzku. Odczuwam do nich współczucie. Smutek mnie ogarnia, że są tak głęboko nieszczęśliwi ludzie, że mają takie myśli i posuwają się do takich czynów.

Moja nienawiść do tych ludzi byłaby spodziewaną przez nich i przez wielu reakcją. Dramatem jest doprowadzenie do zamachu. Gdyby ktoś mógł, umiał do tych ludzi przemówić, trafić do ich serca, gdyby zrozumieli, jak bez sensu jest ich śmierć i śmierć, którą niosą ze sobą, to może by zapłakali i odeszli od tych pomysłów. Domyślam się, że to nie jest chyba nawet zbyt realne, bo oni są zbyt zapiekli w tym pomyśle i jego słuszności – mimo oczywistego bezsensu. Zamachy nikogo niczego nie uczą. Nic nie zmieniają. Zginie x. osób, wiele będzie rannych, ci którzy przeżyją będą mieć traumę do końca życia. Czy świat coś zrozumie? Czy to coś zmieni? Nic. Bo z tego nie można wyciągnąć wniosków. Ze śmierci żadnej nie wyciąga się wniosków. Wszyscy umrzemy, jak ci przed nami i co po nas. Sposób jest drugorzędny, a zabijanie i dorabianie do niego ideologii nikogo niczego nie uczy. Ja nie wiem, co siedzi w głowach takich ludzi.

[dygresja] Kiedyś oglądałam jakiś program z obszarów objętych wojnami, gdzie zamachowcy są wręcz hodowani. Dziennikarz rozmawiał z takimi młodymi chłopakami, jeszcze dzieciakami, którzy czekają na możliwość zabicia kogoś, jak panna na ślub. Słuchając ich czułam, jak płyną mi łzy po policzkach. Oni są tak straceni, że bardziej się nie da. Przygotowywani od dziecka do zabijania. Tak, odczuwałam straszne współczucie. Ludzkie. Ludzkie współczucie, co ludzie robią z dzieci, z innych ludzi. Jak straszny jest ten cały mechanizm, jaki ból siedzi w tych ludziach. Nie umiem odczuwać nienawiści do ludzi, których nie znam, którzy mi osobiście nic nie zrobili. Nie wiem, co to miałoby zmienić. Nienawiść jest blisko miłości, więc z całym zrozumieniem, mój sposób kochania ludzi nie jest tym, który prowadzi do świętości. Kończy się właśnie w takich miejscach, które doprowadzają, że podjudzanie mnie do nienawidzenia mnie wkurza. To nienawiść jest motorem tej spirali zła, agresji i przemocy. Czysta, abstrakcyjna nienawiść kogoś, kogo się nawet nie widziało.

Tak się zastanawiałam, co by się działo, gdyby w wiadomościach poza oczywistym współczuciem dla ofiar, dziennikarze i komentatorzy dołączali też wyrazy współczucia do zamachowców i ich rodzin. Za to, że w człowieku doszło do takiego procesu, który doprowadził do takiego działania. Nie mogę sobie tego nawet wyobrazić, bo doskonale wiem, że to nie emocja na nasze czasy. Myślę, że to współczucie na poziomie sędziowskim. Gdy dopuszcza się do świadomości pytanie o przyczyny, gdy dotrze się do jądra tego działania i zobaczy, że człowiek został narzędziem. Często własnej nienawiści, którą kiedyś, ktoś w nich wzbudził i podlewał jak roślinę i pielęgnował, aż zaczęła żyć własnym życiem. To naprawdę jest tragiczne. Budzenie w sobie nienawiści do ludzi, którzy sami nakręcają się nienawiścią do społeczeństw, które chcieliby zniszczyć, niczym od nich nie odróżnia. Więc czemu ma służyć nienawiść, jeśli nie nakręcaniu tego? Gdyby zamachowcy popatrzyli w oczy ludzi, których zabijają, gdyby porozmawiali z nimi chociaż chwilę wcześniej, gdyby zobaczyli jak bez sensu jest to, co planują zrobić, gdyby zobaczyli, że są takimi samymi ludźmi…. Gdyby.

To za nienawiścią stoi strach. Jak u nich. Współczucie to siła o innej energii.

Tylko co dalej? Co w związku z tym współczuciem? Nic. Działania zapobiegawcze, eliminowanie zagrożeń, wyciąganie konsekwencji to działka odpowiednich ludzi. To oczywiste. Nie mówię o nadstawianiu drugiego policzka, bo to masochizm. To trzeba zatrzymywać, eliminować u źródła. Tylko z uwzględnieniem powyższego. Wiedzieć dramat ludzi a nie maszyny do zabijania.

Życzę nam poczucia bezpieczeństwa. Na co dzień i w trakcie podróży. Świąt ciągle szuka metody na jego osiągnięcie. Czy mamy na to wpływ? No pewnie. Wszyscy.

Instalacja „Rozdarcie” autor do odczytania na tabliczce w Ogrodzie Botanicznym UJ w Warszawie, przy Łazienkach 07.2017

Warszawa. Da się lubić.

Raz na jakiś czas jestem w Warszawie w weekend. To zupełnie inna Warszawa, niż ta w tygodniu. Warszawa w letni weekend jest cudownie wyludniona i spokojna. Zupełne przeciwieństwo tygodniowego, biznesowego pędu. Jedna i druga da się lubić. Dziś ta weekendowa.

Kilka zdjęć z ogrodu botanicznego przy Łazienkach. Koniecznie warto się wybrać. Dlaczego? Tam nawet motyle są oswojone.

 

Gorąco polecam: „Lekcja stepowania” w Och Teatr. 

Sympatyczna obsada, dobra fabuła i rozkoszne zakończenie 😉

Gdzieś na Nowym Świecie. Siedzisz, pijesz i jesz najlepszego śledzika w tej części Europy. I mówię to jako człowiek morza, czyli Gdańszczanka. Serio. Warszawskie śledziki na jakie dotychczas trafiałam są rewelacyjne.

Ale wróćmy do ogrodu:

Ale wyskoczmy na śniadanie:

Hm. Śniadanie mistrzów. Tego zazdroszczę Warszawie – tu się da zjeść wypasione śniadanie za kilka złotych.

Znowu to miejsce z pysznymi shotami:

I Łazienki! :

Mała ruda miłość moja. Tego stwora karmiłam z ręki, wszedł mi na dłoń. Drżę z zachwytu jeszcze dziś. To był mój zachwyt chwilą, który ciągle trwa. Był to też mój pierwszy raz. Buzi mała :* 🙂

A za chwilę znowu miejsce z shotami:

Jednak wróćmy do ogrodu:

To na koniec shot:

OK, to jeszcze jednak Łazienki:

I wracamy do ogrodu:

To teraz już ostatni:

Rewelacyjne shoty. Mniam.

Ale na chwilę jednak rzut okiem do ogrodu:

To bym chciała zobaczyć w słońcu. Nazywa się słoneczna fontanna i pewnie tak odbija światło.

Tak, Warszawa zdecydowanie da się lubić. Na wiele sposobów. Pewnie, że towarzystwo jest bardzo ważne, ale jednak otoczenie i klimat też mają znaczenie.

 

Zdjęcia: Warszawa, lipiec 2017.