Zatrzymać czas – o miłości

Czasami z błogą przyjemnością doceniam świadomie plusy wieloletniego małżeństwa. Dlaczego?

Z głęboką ulgą myślę o czasach panieńskich. Nie powiem, żebym się nudziła, bo bynajmniej tak nie było. Wręcz przeciwnie, ale pozostawmy to w dyskretnej woalce milczenia (większość).

Jednak to co wspominam jako najgorszy etap znajomości, to jej początek. To ten etap, gdy niby jest tak cudownie niewiadomo „czy zadzwoni”, gdy wszystko jest pierwsze, niepowtarzalne i wyjątkowe, a do tego doprowadza do dreszczy. To też ten etap, gdy miałam wrażenie, że kontroluję nawet sposób, w jaki mrugam. I w jaki on mruga.  Każdy gest, każde słowo poddawałam (samo)krytyce i ocenie. Jakoś tak byłam przekonana, że mężczyzna musi mnie widzieć wyłącznie idealną i na najwyższym poziomie, na jaki byłam w stanie wspiąć się stając na palcach. Zawsze przeglądająca się w „jego” oczach jak w lustrze. Brak uznania odbierałam prawie z paniką w sercu, jak też mój brak uznania jego u mnie natychmiast zniechęcał. Tak po prostu. Percepcja jest zero-jedynkowa. Nie ma żadnych szarości. Albo pasuje, zachwyca, porywa, intryguje, albo nie. Albo odbieramy na tych samych falach, albo nie. Albo jest szał, albo nie. Nie ma zmiłuj. This is Sparta. Wróć. To przecież ma być miłość. Nie? Wszystko jest na top. Szósty bieg bez chwili wytchnienia.

Co w tym wszystkim jest dziwne? Wszystko. Świeżo poznany mężczyzna nie miał prawa wiedzieć, że miewam gorsze dni (wtedy po prostu znikałam), że źle się czuję (co dopadało mnie dość często), że spacer nadmorskim deptakiem na wysokich szpilkach to koszmar, ale przecież tak romantyczny, albo że czasami po pracy chcę się po prostu położyć i poczytać, a nie rozmawiać, że totalnie spadło mi poczucie wartości, bo coś poszło nie tak i chciałabym tylko, żeby mnie ktoś przytulił i nic nie mówił, że nie znoszę prasować koszul i gotować obiadków (no dobra, tego to nawet nie ukrywałam). Że składam się z milionów sprzeczności i nie chcę się z tego tłumaczyć ani wyjaśniać mechanizmów przyczynowo-skutkowych. Że miewam zmienne nastroje. Że bywam wybuchowa. Wszystko, co dla mnie było „mną”, trzymałam dla siebie. Dlaczego? Bo mężczyźni rzadko chcą inną stronę w ogóle poznać. Albo nie za szybko. Wiedząc o tym, po prostu jej nie pokazywałam wcale. Na wszelki wypadek.

Sama sobie postawiłam poprzeczkę wysoko. Nie było mowy, żebym pokazała „ludzkie oblicze”. Proces budowania relacji od pierwszych randek to jedna wielka iluzja, na którą wszyscy wręcz liczą i jej oczekują. Mówi się, że to fajne. Przy pierwszych kilku razach nawet tak (bo jest wręcz jak w filmie), ale gdy tego robi się tyle, że dopada człowieka „deja vu”, to się człowiek zastanawia przed kolejnym spotkaniem „ale po co?”. Pamiętam, że z obecnym mężem zaczęłam się spotykać, gdy byłam przekonana, że to koniec szans na normalny związek. Miałam dość. Myślałam (naprawdę), że nigdy nie trafię na kogoś, kto nie będzie próbował pokazać mi swojego oczekiwania świata i mojej w nim roli (nawet jeśli to była funkcja opiekuńczego „zaopiekuję się Tobą, kicia”), na kogoś, kto sobie pomyśli „chcę cię poznawać do końca świata”, a ja jego. Z jednej strony fajnie, że mężczyźni mają tak sprecyzowane wyobrażenia o roli kobiety w ich życiu, z drugiej, dla mnie to było smutne. Nie dawało mi szansy na bycie sobą. Słuchając ich nie wiedziałam, czy możliwe jest, żeby ktoś nie miał gotowej ramki, w którą mam wejść. Nieważne, czy już w związku, czy dopiero na randkach. Każdy facet miał ramkę. A ja tak nie chciałam i nie umiałam. I nie miałam odwagi im tego mówić, więc po prostu się żegnałam.  Lubiłam być ciekawie zapamiętana i adorowana. Dziś myślę, że to było potwornie niskie poczucie wartości i zakompleksienie level hard. Ale to było tak dawno…

Marcin nie miał ramki. Jakoś tak od początku było mi dobrze przy nim, bo nie miał ramki. Po prostu chciał ze mną spędzać czas. A ja z nim. Nigdy nie rozmawialiśmy o rzeczach, o których się rozmawia w kontekście „jaki jest twój wymarzony związek?”. On mnie poznawał, odkrywając od tej najbardziej ludzkiej strony. Traktował mnie od początku jak przyjaciela. Miałam tego po prostu nie schrzanić. I wzajemnie. To on nauczył mnie chodzenia bez makijażu, namówił mnie do odstąpienia czasami chociaż od obcasów, wyciągnął mnie ze sztywno-eleganckiego stylu damy. Przy nim znów mogłam być jaka chciałam. Nigdy, przenigdy nie zwrócił uwagi, że jakaś powinnam być. Przypieprza się na dziesiątki sposobów, szydzi, wyśmiewa, kpi, ale nigdy tak, żeby mi to sprawiło przykrość. Może po prostu nazywa rzeczy po imieniu, z nutą poczucia humoru. Przy nim zaczęłam oddychać swobodnie. To on w końcu nauczył mnie, że jest zawsze, gdy potrzebuję męskiego ramienia, albo kopa w tyłek na rozpęd i dla motywacji. Przy nim mogłam w końcu nie grać „ideału”. Mogę się rozsypywać i odradzać jak Feniks. Nic sobie z tego nie robi. Uczyłam się tego kilka lat. Wcześniej to wszystko było dla mnie nie do pomyślenia. Przed każdym mężczyzną chciałam być bardziej, niż byłam. Ciągła samokontrola weszła w nawyk. Marcin mnie z tego powolutku wyciągnął. Jestem sobą jak nigdy wcześniej. Ciekawostką dla mnie jest, że wg Marcina to kobiety mają takie ramki i on zawsze też od tego uciekał. Kurcze, nie miałam nigdy wyobrażenia idealnego związku. Zawsze jednak wiedziałam, jak chciałabym się w nim czuć.  Tylko i aż tyle.

Dziś sobie nie wyobrażam znowu chodzić na randki. Poznawać mężczyzn, którzy pewnie mają swoje oczekiwania i wyobrażenia. Konfrontować się z nimi. Nie miałabym ochoty na to zupełnie. I nie miałabym ochoty ukrywać przed kimś, że jestem człowiekiem. Ba, przyjąć do wiadomości, że on pewnie też jest. Wszyscy nie lubimy rozczarowań.

Gdy już znamy siebie na wylot, gdy już wiemy, czego jeszcze nie wiemy, gdy już przestajemy w ogóle wartościować różne cechy, jako wady czy zalety, gdy patrzymy na siebie wzajemnie po prostu z miłością i akceptacją, to jest to chyba najlepszy etap, jaki można osiągnąć. To ten etap, gdy patrząc na zdjęcia sprzed 15 lat i dziś mówimy „wcale się nie zmieniasz i ciągle mnie kręcisz”.

I tylko osoby postronne się do tego podejścia uśmiechają.

Jeśli można dojść do tego etapu w związku, to już chyba wszystko można. Tylko to jest coś, przy czym zakochanie jest błahym uczuciem. Intensywność zauroczenia w porównaniu z tym uczuciem jest jak robienie zdjęcia taboretem (a piszę to jako osoba, która jest pasjonatką stanu zakochania). To pewnie starość, ale coś czuję, że ludzie, którzy patrzą na siebie z miłością w wieku 80 lat odczuwają właśnie coś podobnego i mają przed oczyma obraz tego, kto ich nadal „kręci”.

O czym można marzyć, żeby się przekonać. Czas pokaże, bo ja niezmiennie uważam, że każdy dzień to niespodzianka. Nic nie jest wieczne, więc po prostu marzę dalej, doceniając obecny święty spokój błogostanu, gdy w związku nic nie muszę, a wszystko mogę.

 

Fajnie przywitać lato.

 

 

Zdjęcie: lato 2015. Gdańsk.

 

Advertisements
Informacje

emancypantka | kocham wolność i szukam równowagi między skrajnościami (smart&slow).

Tagged with: , ,
Napisane w 100% bycia 40tką, emocje prozą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow LASARA on WordPress.com

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 216 obserwujących.

Instagram
Jakby ktoś chciał zacząć od początku, to tu. #begging #hel #poland #ilovepl #travelphotography Niezmiennie : równowaga między skrajnościami #madebyml #balans #stemple Nic nie musisz. Fajnie... Bo możesz. <wolność> #madebyml #stemple #wolność Dziękuję za miniony dzień #madebyml #stemple #thanks #likeapray #mantra #sea🌊 #sky #clouds #ship #sunyday #ilovepl #chillout #hel #nafalochronie #ontheway #piękna #foka #ilovepl #nature #animals #chillout
Licznik:
  • 35,016 hits
%d blogerów lubi to: