Nie bój się być szczęśliwym człowiekiem

Szczęście. Dlaczego tak trudno je odczuwać?

Definicja, pod którą się podpisuję, bo jestem prawie pewna, że powiedział to już któryś z filozofów, większych ode mnie: Szczęście, to spójność miedzy odczuciami, myślami a działaniem. Szczęście to wewnętrzny spokój, który za ta spójnością idzie.
Tylko tyle.

I o tę spójność najtrudniej.

Zakałą naszej cywilizacji jest wychowanie przez strach. „Nie rób tego, bo się skaleczysz”, „nie rób tamtego, bo cię rzucę”, „nie bądź taki, bo cię nie będą lubić”, „nie idź tam, bo może ci się coś stać”, „nie rób czegoś tam, bo cię wyśmieją”, „nie negocjuj, nie targuj się, bo coś tam”. „Nie marz, bo to bzdury, a rozczarowanie będzie cię boleć”. „Nie sięgaj gwiazd, bo kto wysoko mierzy ten nisko spada”, czy coś w tym stylu. Aż człowiek tworzy sobie taką małą bezpieczną norkę w promieniu kilku kilometrów od łóżka, w której czuje się w miarę bezpieczny.

Na samą myśl o tych wszystkich mantrach robi się słabo. Tak się wychowuje dzieci, tak wychowywani byliśmy my, tak myślą dorośli. Życie w ciągłym strachu przed czymś, z obawy przed jakimiś niby strasznymi konsekwencjami. A rzecz w tym, że faktycznie, po drodze  czasami trzeba się skaleczyć, sparzyć, odczuć coś bolesnego.

Z jednej strony ma to służyć przystosowaniu do życia w społeczeństwie (i poniekąd OK), ale nie wiadomo kiedy zatraca się ta granica, przez którą człowiek boi się już końcem końców zrobić cokolwiek, bo ewentualne konsekwencje go przerażają . I tak całe życie. I tak rośnie w ludziach frustracja, najgorsza, bo podszyta też głęboką świadomością, że prawdziwe życie biegnie gdzieś obok. To życie, które chce się mieć i mogłoby się mieć.

Strach jest w miarę normalną reakcją w sytuacjach… zagrażających życiu, względnie zdrowiu (Dlaczego względnie? Zaraz napiszę). Wszystko inne jest już efektem programowania. Od dziecka. I rośnie człowiek bojąc się wyciągnąć rękę. I jak ma być szczęśliwy? No jak. No właśnie. Skoro boi się marzyć, chcieć, ryzykiem nazywa podstawowe działania, aktem odwagi rozmowę z obcym, nowym, innym, czy wyjście poza strefę komfortu czyli np. zmianę działań, spalenie złego planu i napisanie nowego. I jest sobie bohaterem swoich czterech ścian, które są tak ciasne, że jego wnętrze wyje z bólu ograniczenia.

A można inaczej.

Wystarczy przestać tak myśleć. Wystarczy widzieć, że robienie czegoś nie jest wcale nawet aktem jakiejś odwagi czy bohaterstwa. Jest po prostu życiem. Jest po prostu życiem. Jest działaniem, spełnianiem, realizowaniem. Po prostu. Patrzenie w lustro, patrzenie w oczy kogoś, kogo się uważa za tchórza, we własnych oczach musi budzić poczucie nieszczęścia. Świadomość, że ogranicza strach, musi być jeszcze gorsza. I to jest coś, z czym należy walczyć.

Napisałam wyżej, że  poczucie zagrażania zdrowiu jest względnie OK. Dlaczego? No zastanówmy się.

Przytoczę anegdotę z mojego życia.

Właściwie wcześniej o tym nie pisałam, ale przytoczę to teraz, bo to dobry przykład. Przed wyjazdem do Chin bardzo się bałam. Skala ilości rzeczy nowych i pierwszych razów, które mnie czekały, od długodystansowego lotu począwszy, poprzez inną kulturę, klimat, szerokość geograficzną, ludzi, język, jedzenie, brak łacińskich liter, po wszystko, doprowadzała mnie do obłędu. Cholernie chciałam tej podróży i cholernie się bałam. Szczególnie, że otaczający mnie ludzie też czasami ten strach podkręcali. Na szczęście nie wszyscy, ba, niektórzy pukali się w czoło i popychali mnie do tego wyjazdu, jak mój mąż (złoty człowiek). Bałam się o swoje zdrowie. Bałam się też, że np. mój wrażliwy żołądek nie da rady, moje zapalenie kości się obudzi i zje mnie na miejscu w tym klimacie, że spalę się na słońcu, że zatruję się jakimiś dziwnymi bakteriami, coś mnie pogryzie, dopadnie mnie jakaś równikowa choroba, nie wiem, wszystko się mogło wydarzyć, o czym sobie tylko mogłam czarno pomyśleć. Nie, nie nakręcałam się. Po prostu gdzieś tam o tym myślałam, przez co miałam ze sobą na wyjazd całą aptekę, ale to inna sprawa. Kluczowe jest to, że przez te 3 tygodnie nie stało się nic. Nic. Nic. Przez całe 3 tygodnie byłam najzdrowszym człowiekiem na świecie. Tadam.

Wróciłam do Polski w czwartek. W sobotę, gdy jet lag dał już żyć, a ja pogodziłam się z zimą, zaczęłam układać pranie, które  mężczyzna życia zbierał pracowicie na desce do prasowania w sypialni (z tego kopca brał tylko to, co było mu niezbędne do życia). Chcąc zacząć od początku postanowiłam przerzucić ten kopiec rzeczy na łóżko, żeby je posegregować. I w tym momencie, gdy podniosłam ten kopiec, pomyślałam że umrę z bólu. W kopcu był mój hantel. Właściwie na dnie, bo zostawiłam go tam przed wyjazdem, na pustej desce. Hantel spadł mi na palec odkrytej stopy w klapku ecco (to ważne, bo konstrukcja klapka zamortyzowała uderzenie). Zrobiło mi się słabo z bólu. Poryczałam się. Prawie zwymiotowałam. Odłożyłam pranie na łóżko. I ryczałam dalej. Jak to cholernie bolało, to nie umiem opisać. Stałam, ryczałam i nie wierzyłam. Wróciłam dopiero co z Chin, a zrobiłam sobie krzywdę we własnej sypialni. Ból, ból był nieznośny. Okład nie pomagał. W ciągu dnia palec spuchł i zsiniał. Hantel zdarł skórę. Wyglądało niemiło. Nic nie pomagało. Upiłam się piwem, które znalazłam w lodówce. Popołudniu wrócił z pracy samiec Alfa, ja leżałam podchmielona z obolała stopą. Wieczorem mieliśmy iść na domówkę do znajomych.

Zabierz mnie proszę na pogotowie. – wymiauczałam.

Zabrał. Dokuśtykałam. Cholernie bolał każdy ruch stopą. Myślę sobie- jest czad.

3 godziny na pogotowiu, prześwietlenie. Na szczęście to tylko stłuczenie, ale porządne. Lekarz zrobił mi opatrunek (warte zapamiętania, bo to się stosuje też przy złamaniu – 4 palec owinięty gazą i potem bandażem robi się konstrukcję stabilizującą z sąsiadującymi palcami). Patrząc na zdjęcie stwierdziłam sobie jeszcze, że mam bardzo zgrabną stopę. Zero halluksów, proste palce. Cudo. Dżizas, jak boli.

Ale ta konstrukcja pomogła trochę. Na tyle, że przestałam na ten palec naciskać i mogłam w miarę normalnie iść. Przez tydzień doszłam do siebie. Nawet dało się prowadzić samochód. W tenisówkach.

A, na imprezę oczywiście pojechaliśmy. No bez przesady. To tylko palec.

Do dziś nie mogę tego pojąć, że 3 tygodnie w Chinach przeżyłam idealnie… A wróciłam do domu i bum. Do czego zmierzam?

Nie ma sensu strach na zapas, bo nie przewidzimy wszystkiego.

Przypominają mi się jeszcze czasy dzieciństwa, gdy każdy z nas wracał dziesiątki razy z poobijanymi kolanami, podrapanymi łokciami czy połamanymi rękoma, nogami, żebrami (to akurat mnie omijało), ale ja wybijałam sobie ciągle palce. U rąk i stóp. Podrapana byłam wiecznie, bo łażenie po drzewach itd swoje kosztowało. Bo tak. Ale czy to coś zmieniało? Nie. Każdy z nas nadal właził na drzewa, czy dachy garaży, czy biegał potykając się o konary czy krawężniki.

Między ostrożnie a bezmyślnie jest normalnie.

A miedzy strachem, a brawurą jest szczęście. Jemu niczego nie trzeba udowadniać, nie trzeba żadnych dowodów, że ono jest.

Jest dobrze? To dobrze. Wystarczy tego nie schrzanić.

I doceniać, to co jest. Owszem, wiem, że czasami jakieś wydarzenia, okresy w życiu nie pozwalają widzieć tego co dobre, widzieć na 100%. Ale w rzeczywistości mamy znaczny wpływ na to, jak długo takie okresy trwają, jak długo przysłaniają nam poczucie doceniania całej reszty. Na wszystko w życiu jest czas i miejsce, na smutek, żal, żałobę, rozczarowanie, wszystko może się pojawiać i chyba nawet powinno. Ale nie dawajmy takim chwilom więcej, nic powinny trwać. Najmniej dawajmy strachowi. Wiem doskonale, że najtrudniej jest przełamywać strach, ale tego się też można po prostu nauczyć (poczuję, że wygrałam, gdy nauczę się pływać 😉 ). Na dziś lepiej idzie mi w innych obszarach życia. A jak mam problem, to po prostu przerabiam to z przyjaciółmi, albo psychologiem. Ważnie, najważniejsze jest nie wycofywać się ze strachu. Naprawdę najgorsze jest schowanie się za strachem. Nie róbmy tego sobie. Sobie. Każdy raz, gdy się wycofujemy będziemy pamiętać i będzie nas ciągnąć w dół, z dala od tego, co zrobić. Odwagę, zdrową odwagę i śmiałość po prostu da się wyćwiczyć. Na dziś, jak sobie myślę, że byłam nieśmiała, że wstydliwa, to się do tego uśmiecham. Nie wiedziałabym nawet, co to znaczy, po prostu zapomniałam, jak to jest się bać np. zagadania kogoś obcego, czy poczucie się swobodnie w grupie nieznajomych, albo wystąpić publicznie. To pierwszy lepszy przykład i na dziś obawa przed zaczepieniem obcych uśmiecha mnie jak mój strach przed pływaniem kogoś, kto umie pływać  🙂

Ksiądz Kaczkowski mówił, że człowiek przed śmiercią najbardziej żałuje nienaprawionych relacji, a ja myślę, że dochodzą do tego chwile, w których ze strachu nie spróbowaliśmy czegoś, albo nawet po prostu nie zrobiliśmy. I właśnie na to powinniśmy się skupić – żeby działać. Bo to jest źródło szczęścia. Czystego szczęścia.

Kurde 🙂

 

Zdjęcie: Morskie Oko, 09.2011

Reklamy

2 myśli na temat “Nie bój się być szczęśliwym człowiekiem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s