Zegarmistrz i sens istnienia

Scenka 1:

Zepsuła mi się klamka w oknie. Idę do spółdzielni dowiedzieć się, co muszę zrobić, żeby  wymienić okna. Od słowa do słowa i specjalista mówi: ale po co chce Pan wymieniać okna? Nie wystarczy naprawić? -A to się da? – pytam zaskoczona.

Tak.

Scenka 2.

Przegląd letnio-wiosennych butów. Powinno się robić przed schowaniem, ale ja  to robię przed nowym sezonem. Tak mam.  Po przeglądzie, te które trzeba zanoszę do szewca, wymienić fleki, wzmocnić podeszwę. Sama pastuję zadrapania, bądź w miarę możliwości – korzystam z lakieru do paznokci. Przy lakierowanych obcasach jak znalazł. Wychodzę z założenia, że kupując buty za kilkaset złotych mogę i powinnam dbać o nie i dać im żyć możliwie długo. Bogom dziękuję za rzemiosło szewca.

Scena 3.

Przegląd biżuterii. Wszystkie pozrywane łańcuszki i inne drobiazgi. Przeglądam zegarki. Od wielu lat nie nosiłam zegarka, ale jakoś zaczęło mi go brakować. Dokopałam się do zegarka, który mam chyba z 20 lat. Znalazłam też inny. Również prezent. Idę do zegarmistrza i złotnika. Weryfikacja, co jest dla mnie sensowne do naprawy, co sprzedam, co wyrzucę, bo nie ma dla mnie wartości sentymentalnej, a szkoda inwestować w nowe zapięcia. Starsi panowie dwaj (zegarmistrz i złotnik) rzetelnie prowadzą mnie przez moje „skarby”. Wycena, decyzje i jest porządek. Zegarek towarzyszy mi znowu codziennie. Naprawione łańcuszki znowu  czekają na swój moment na mojej szyi. Czy mają wartość rynkową? Nie. Sentymentalną. Wielką. Czy kupię sobie inny zegarek? Prawdopodobnie tak, bo ten jest dobry do pracy, czy teatru, ale już nie na rower, spacer czy na siłownię. Może zwinę wersję sportową mężczyźnie mojego życia. Jeszcze zobaczę 🙂

Nie lubię chomikować. A już zupełnie nie lubię, gdy coś leży zepsute. Tu trzeba działać zdecydowanie. Jeśli się da naprawić, to naprawić, jeśli nie to zutylizować. Jeśli potrzebne jeszcze to trzymać, jeśli nie, to oddać lub sprzedać. Czasami mężczyzna mojego życia się denerwuje, bo wyrzucam lub oddaję coś potrzebnego, no cóż [wzruszam ramionami „oj tam”]. To wojna bez wyniku, bo ja mu w zamian odpowiadam, żeby pilnował swoich rzeczy. Sobie też czasami coś likwiduję z rozpędu. Przykłady? Nie pamiętam. Był moment, że żałowałam, a dziś nie pamiętam. Taki to żal.

Lubię wiedzieć, gdzie są ludzie potrzebujący, którzy nie pogardzą moimi używanymi rzeczami (które jeszcze nie są oczywiście zniszczone). Lubię oddawać rzeczy, które u mnie już skończyły swój czas. Mam to po mamie. Ona czasami przesadza, ale z tym wdałam się w nią. Oddaję. Bardzo rzadko coś sprzedaję. Bardzo często sama w życiu dostaję coś, więc jakaś taka karma mnie nakręca.

Myślę, że to szalenie ważne, żeby nie wymierały zawody rzemieślnicze. Uważam za dramatyczną wadę naszych czasów, że rzeczy są produkowane z założeniem żywotności do 2 lat, a potem mają się zepsuć i nikomu nie ma się opłacać naprawiać. Gdzieś to przespaliśmy, jako ludzkość. Marnujemy potworne ilości zasobów. Nie spędza mi to snu z powiek, ale mam tego głęboką i niewygodną świadomość.

Jestem zwolenniczką zdrowego minimalizmu (zdrowego, w sensie „nie skrajnego”). Minimalizmu, czyli nadawania rzeczom odpowiedniego miejsca w naszym życiu. Odpowiedniej wagi. Mieć mniej, ale lepszego. Mieć mniej, a uwagę kierować też na inne obszary życia, bo bez wątpienia, można poświęcić się w 100% nabywaniu.

Czy potępiam konsumizm? A skąd. Jestem marketingowcem, strategiem, negocjatorem, sprzedaż to moje drugie imię, albo raczej „relacja”. Sprzedaż jako transakcja, jest efektem ubocznym.  Konsumpcja jest naszym współczesnym powietrzem. Dlaczego? Bo nikt z nas nie jest samowystarczalny. Jeśli nie ciuchy, kosmetyki, dobra wszelkiej maści, to chociażby jedzenie może stać się obiektem kultu. I tak bywa. Co mnie szczerze mówiąc zadziwia tak samo jak zaślepienie innymi dobrami. Robienie religii z czegokolwiek… ludzkie 🙂

Tylko w tym wszystkim warto zauważyć, że posiadając mniej rzeczy, ale lepszej jakości, rzeczy, o które warto dbać szczególnie, pozwala też lepiej wykorzystywać czas.

A do tego śledzenie nowinek pozostaje przyjemnością, bez gorączki posiadania. No, czasami, bo w końcu wszystko jest dla ludzi i też lubię czasami w czymś zakochać i poczuć „TO TO! ❤ ” 😉  Widzę wszelkie technologie przyszłości, nowinki w przeróżnych branżach także i wiem, że jeszcze nie raz poczujemy, że „chcemy to”. I OK.  Tylko warto pamiętać, że nie musimy tego wszystkiego faktycznie MIEĆ. Czy rozwaga w zakupach zaszkodziłaby gospodarce? Wg mnie nie, ale o tym się raczej nie przekonamy. Nadpodaż jest drugim imieniem naszej epoki.

Co pomaga? Czysty pragmatyzm. Slow life oznacza po prostu bardzo świadome zarządzanie czasem.

To jeden ze sposobów. Gromadzenie rzeczy to także czas. Warto wybierać (zachowywać) rzeczy, które da się naprawiać. Jak za dawnych czasów.

Wielki uśmiech dla wszelkich rzemieślników, którzy naprawić potrafią i chcą.

 

Na koniec taka mała refleksja: Ostatnio przeglądając książki w księgarni, wzięłam do ręki książkę autorstwa jakiegoś chińskiego filozofa, żyjącego w pustelni, w górach. Przerzucałam karki (kto nie wie, to uprzedzam, że mam delikatnego chopla na chińską filozofię, 5 przemian, tao, zen itd). Stałam sobie z tą książką i kartkując pomyślałam – Człowieku, bez przesady. Czego ty mnie nauczysz o życiu w mieście, skoro sam większość życia spędziłeś z dala od ludzi. Nawet nie chodzi o to, że nie w mieście. Ale z dala od ludzi. Cały trud, cała mądrość wymaga tego elementarnego wysiłku wtopienia się w tłum. Życie slow life w mieście jest podobne. Śmieszy mnie, gdy ktoś mówi, że slow life to tylko z dala od miasta, pędu i cywilizacji z własnym ogródkiem za własnym domkiem w górach. Nie. Życie slow w mieście to oczywiście inna bajka, ale ja od lat wiem, że po prostu możliwa. Chociaż czasami wymagała nieoczywistych działań.

Życie wszędzie ma swoje wyzwania i przyjemności, ale na litość, schowanie się w samotni to ucieczka. Co kto lubi, ale życie ma swój smak, samotność ma swój smak, gdy jest efektem wyboru codziennego. Gdy samotność jest naszym czasem, naszą celebracją i naszym samotnym przeglądem butów przed nowym sezonem.

Odłożyłam książkę. Chciałabym powiedzieć autorowi   – żyj wśród ludzi. Podejmij ten wysiłek. Powiedziałby pewnie, że wśród ludzi nie dotknąłby istoty rzeczy. Hm. Z dala od ludzi dotyka jedynie siebie i swojej jaźni, ego. Ale cóż. Każdemu według potrzeb.

Życie wśród ludzi to nasza karma. Nawet gdy nam się wydaje, że to pomyłka. Bycie zupełnie samemu, bez żadnego człowieka w promieniu kilometrów… we mnie budzi paradoksalnie klaustrofobię.  Panicznie potrzebuję ludzkości, żeby móc wybierać czasami sam na sam ze sobą.

Właśnie to sobie uświadomiłam. A miało być tylko o dbaniu o rzeczy i naprawianiu, gdy się da 😉

 

Zdjęcie: zegarek z sentymentem. 04.2016

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s