Kochać na zabój

Kochać na zabój – nikomu nie życzę.

Zacznijmy tę notkę od tła. Od kawałka, od muzyki, która jest tu dość istotnym spoiwem:

 

Ostatnio myślałam sobie, że śpiewający (i ci dobrze tańczący) mężczyźni to jednak jest magia. Myśląc sobie o współczesnych mężczyznach, typu Tonny Bennet (a co? wiek nie ma znaczenia), czy Michel Bubble, albo nasz młody Dawid Podsiadło, doszłam jednak do symbolu (jednego z kilku) poprzedniej epoki. Andrzej Zaucha. Jego „Byłaś serca biciem” rozmiękcza chyba większość z nas. Ale dla mnie piękny jest też „Wymyśliłem Ciebie”. Nie jestem pewna, ale tu też autorem słów jest Wojciech Młynarski (równie fenomenalny). Do tych  artystów dodajmy jeszcze Zbigniewa Wodeckiego i mamy panteon (no dobrze, brakuje Soiki, Grechuty , Turnaua i kilku innych).

Nie lubię tekstu „kiedyś było lepiej”. Nie było. Było inaczej. Dziś prawdziwa sztuka jest tak samo obecna i tworzona jak kiedyś. Nikt nikomu nie każe płynąć z mainstreamem, mówiąc po polsku, głównym nurtem. Wybór mamy niemożliwie duży. Ja lubię wszystko. Zależy od czasu, miejsca, nastroju, towarzystwa. Szczególnie kocham jednak miłością sentymentalną właśnie muzykę moich rodziców, którą sama przesiąkałam od dziecka. Andrzej Zaucha.

 

Jestem fanką książek J. L. Wiśniewskiego. Gdy wpadła mi w ręce „I odpuść nam nasze winy…”, gdy przeczytałam, na czym się opiera, to mnie aż przeszedł dreszcz. Nie wiem, zawahałam się. Wiedziałam bowiem, że Wiśniewski, jak to on, rzuci takie światło, że znowu nic nie będzie takie samo, jak przedtem. Nie myliłam się. O czym jest? O miłości. Boże, ta książka jest tak strasznie o miłości. Autor oparł ją (lepszym słowem jest – zainspirował się) na życiorysie zabójcy Andrzeja Zauchy i jednocześnie też – przez przypadek – żony.

Przyznam, że czytałam tę niewielką książkę jakiś czas temu, a nadal ciężko mi do tego podejść.

Piosenki Andrzeja Zauchy towarzyszą mi praktycznie całe życie. Od kiedy pamiętam. Wiedziałam tyle, co wszyscy. Zabił go zazdrosny mąż kobiety, która być może miała z Zauchą romans. Koniec pieśni.

I wpadam na tę książkę.

Od zawsze podziwiam talent pisarski p. Wiśniewskiego, ale bardziej szczególne jego wyczucie, współ(od)czucie w zależności od punktu widzenia. On to tak bardzo umie oddać. W tej książce jednak jest to wyjątkowo trudne. Czytając ją odczuwałam bowiem głębokie współczucie dla bohatera. Mordercy. Oszalałego z miłości, oszalałego przez zranione ego. Tak sobie myślę, że nie mi go oceniać, nie mi go obwiniać, bądź mu wybaczać. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, jak straszna może być miłość. Jak dramatycznie zatruwa, gdy się jej na to pozwoli. Wiele razy miałam łzy w oczach przy tej książce. Było mi żal. Wszystkich. Żal, który wypływał w zderzeniu z uległością wobec tych emocji, które na ludzi spadają, a im jedyne co przychodzi do głowy, jest tak potwornie ostateczne. Każde inne rozwiązanie wydaje im się upodlające. Straszne to jest.

Bogowie, chyba każdy z nas ma za sobą jakąś niespełnioną miłość, uczucia, które albo nie mogły się nigdy dobrze rozwinąć (bo nie ten czas i miejsce), albo miały bardzo mało swojego czasu. Nie umniejsza to ich wartości. Jednak to jest chyba potworne w miłości romantycznej, że stawia miłość w jednej linii z jakimś bezwzględnym egoizmem. Dopuszcza tylko rozwiązania zero-jedynkowe. Zapomina, zupełnie zapomina, że o wiele ważniejsze niż bycie z tą drugą osobą jest wiedzieć, że jest  ona szczęśliwa. Jeśli z kimś innym? Trudno. Lepiej mieć złamane serce, niż kogoś na sumieniu. Tak samo jest z nami, jeśli musimy złamać komuś serce. Miłość to nie więzienie. Może do niego doprowadzić, ale nim nie jest.

 

Zazdrość. Potworna żądza posiadania. Nic ponad to. W miłości zdrada budzi smutek. Płynie łzami złamanego serca. Może w samotności. Może przed przyjacielem. Jeśli idzie za nią gniew, to wyje zranione ego, małe, zranione ego. Nie, tego nie ma sensu oceniać. Nikomu jednak nie życzę miłości na zabój,  w żadną stronę. Ma strasznie niszczącą moc. Jest dokładnie odwrotnie, niż mówi historia – honorem jest umieć być ponad tym. Honorem jest rzucić kogoś takiego, a nie trzymać na siłę. Doprowadzenie myśli do obłędu ratowania honoru przez zabójstwo. Mój Boże…

doskonale czyta się „I odpuść nam nasze winy…”

Nikt nie mówi, że miłość jest zawsze łatwa, że nie stawia nas przed dylematami, ale na bogów, nie przed takimi, jak się mścić. Jeśli kierować się egoizmem, to w znaczeniu – jak zrobić tak, żeby sobie nie robić krzywdy. Także konsekwencjami.

Czy w sprawie Zauchy mogło się to potoczyć inaczej? Pewnie nie. Każdy z nich musiałby być kimś innym, a byli kim byli. Tylko.. czy warto było? Pytam w ciemne niebo.

 

Ech Miłości. Daj żyć.

 

Pamięci Andrzeja Zauchy. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s