12 apostołów, czyli rzecz o przysięgach

Przez media przeszedł głośno coming out księdza. KLIK

Zanim to skomentuję, chciałabym w możliwie prosty sposób podejść do słów przysięgi małżeńskiej:

Ja …(imię pana młodego) biorę Ciebie…(imię panny młodej) za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.

Dla mnie osobiście nie ma w tym zwrocie niczego, czego nie mogłabym ślubować przyjacielowi. Gdyby słowa miały wartość, taką, jaką się czuje, to

ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską

oraz

to że Cię nie opuszczę aż do śmierci.

Nie jest powiedziane nic ponad to.

Żyjemy w czasach dalekiej dowolności. Powszechne jest „nic nie muszę, wszystko mogę”. I w porządku. Sama się z tym zgadzam.

Zgadzam się, bo chcę i mogę być fair, być oddaną, zaangażowaną, rzetelną.

Jeśli coś się kończy, to się kończy. Słowa przysięgi małżeńskiej nie mówią, nic, czego nie można spełnić już do końca życia. To oczywiście bez wątpienia barometr relacji.

Wystarczy podjeść do tego „po prostu”.

Wiecie za co lubię baśnie? Za odwoływanie się do wartości, które zanikają. Do wartości przyjaźni, lojalności, rzetelności. 

Dokładnie takie wartości są podwalinami małżeństwa. Dlaczego się ich bać? Nie wiem. Widocznie ludzie dziś nie chcą założyć, że relacja może trwać do końca. Owszem, nikt nie zagwarantuje, że się nie rozpadnie, ale można obiecać, że się nie zachowa jak świnia, nie rozstanie w nienawiści, nie zapomni,  co połączyło. To tak dużo? Wg mnie nie.

I mówię to z perspektywy kilku lat małżeństwa, które jak to w życiu bywa, dało nam zasmakować wiele i raczej jeszcze nie jednego da posmakować. Ale tak samo jest z prawdziwymi przyjaźniami. Nawet jeśli się kończą, albo raczej, jeśli kończy się zażyłość, relacja się rozluźnia, bo drogi się za bardzo rozchodzą, to pozostają sprawy, tematy, tajemnice, które pozostaną na zawsze w ramach tamtej relacji. Tajemnica i dyskrecja są święte.

Tak samo powinno być z małżeństwem (przy okazji powiem, że między innymi jestem za tym, żeby nie opowiadać wszystkiego, co dotyczy poprzednich związków, niczego, co łamałoby prywatność byłego partnera, bo to jesteśmy sobie winni). I wracając do początku, czy słowa przysięgi małżeńskiej naprawdę w obliczu tego są tak „wielkie”? Nie. Można je spokojnie złożyć i bez ślubu i je zachować. Po prostu moc obrządku ślubu jest magiczna sama w sobie. Ale nie dajmy się zwariować. To jedynie dowód naszego podejścia do życia i wartości, które mamy. Albo nie.

A od tej dygresji wrócę do księdza i jego wyznania. Pominę, że zachował się jak sportowiec, który w trakcie igrzysk przyznaje się do dopingu. Przecież on złożył śluby celibatu. Złamał je i jeszcze obwinia o to publicznie kościół (a media mają używanie). Dla mnie to po prostu zdrada.

Wielkiego kalibru i wyjątkowo niesmaczna.

Co mógł zrobić? Wystąpić w jakikolwiek sposób z kościoła i pozostać w swoim związku. Bez tego całego szumu. Dokonać ostatecznego wyboru, co byłoby zrozumiałe, bo tak czasami w życiu bywa. Ważne, jak się zachowamy. A on zachował się nie w porządku wobec kościoła.

I tak na koniec, wg mnie przyczyną problemów kościoła dziś, jest zbytnia pobłażliwość wobec księży. Powinni ich być mniej, ale tych z prawdziwym powołaniem. Jak mistrzowie Jedi. Za dużo z nich obecnie nie daje rady i wygląda to, jakby bycie księdzem było sposobem na życie, zamiast powołania. Może idealizuję, ale bycie księdzem powinno być zaszczytem, a nie sposobem na życie.

Jedynie to jest dzisiejszą bolączką kościoła. Zamiatanie pod dywan życia seksualnego również z patologiami w postaci pedofilii. Zamiast ich po prostu wydalać ze struktur. Wybaczenie? Owszem, przecież nie mówimy o ukrzyżowaniu, tylko o zaprzestaniu życia w obłudzie.Tych księży. Tych, którzy budują „kościół”, są jego „pasterzami”.

Może to brutalne, ale życie składa się z wyborów. Księża też im podlegają, a coraz częściej udają, że nie. I dziwić się, że kościół traci praktykujących wiernych. Poważnie, porządki powinny się zacząć od tej strony. Sama znam kilku księży, z którymi rozmowa, czy obecność na ich mszy, są zaszczytem, jak zawsze przebywanie w towarzystwie mądrych ludzi. Szkoda, że ci pogubieni, rzucają bez zastanowienia złe światło na tak wielu.

Upraszczam trochę, bo jest też takie światło, jak w filmie „W imię”, ale to nadal nie zmienia faktu, że nie jest to zgodne z założeniami kościoła. Jezus miał 12 apostołów a nie 200. Mniej znaczy lepiej. Ja osobiście uważam, że nie trzeba być księdzem, żeby być przydatnym społecznie, czy spełniać się w nauczaniu. A można uniknąć obłudy, która bardziej szkodzi kościołowi. Kościół ma przecież też funkcję katechety. Za mało? No cóż. Albo – albo. Ale jeśli sami księża nie szanują kościoła, to czego oczekiwać od ludzi?

Niby każdy musi wiedzieć sam, tylko warto pamiętać o skutkach, które poniosą też inni.

Czasami naprawdę mocno decydujemy sami, o tym, czy coś jest czarne, czy białe. Sami nadajemy ten kolor. Odpowiedzialności się nie zrzuci na innych. To oblicze dojrzałości. Chwilę poboli, ale potem jest lepiej. Dla wielu. Albo się ma wartości, albo nie.

Bez „ale”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s