Dwie kołdry, czyli do poduszki o miłości

Ostatnio zaszalałam na zakupach i nabyłam kilka zestawów nowej pościeli. Wymieniając poszewki przypomniało mi się jedno z ostatnich wesel, na którym pan młody szalenie zdziwił się pytaniem mojego męża, „czy mają już dwie kołdry?”.

  • Ale po co? – odpowiedział pan młody.

Ja nie wiem, kto był bardziej zdziwiony.

I sobie z Marcinem przypomnieliśmy, że na początku faktycznie powstaje pępowina, która zdaje się powodować wzajemne przetaczanie krwi i innych płynów, aby się dobrze połączyć.

  • Ale jak to po co? – uśmiechnęły się też pary małżeńskie siedzące w pobliżu.
  • Oj tam, dajcie spokój. Samo przyjdzie. – powiedziałam też z uśmiechem, bo mnie to rozczuliło.

To jest całkiem pocieszne, jak związek ewoluuje w swoich przypływach i odpływach potrzeby bliskości mieszanej ze swobodą. Myślę, że to jedna z tajemnic jakiejś względnej długofalowości związku (bo co ma mogę wiedzieć po 14 latach, które czają się za rogiem, lada dzień.) Kiedyś dwie kołdry były bez sensu, bo spanie na 90cm było fajne. Im bliżej, tym lepiej. Im bardziej splątani, tym lepiej. A z czasem, z dojrzewaniem związku, dajemy sobie miejsce na oddech. A potem na samodzielność. Względną, bo jednak osobne sypialnie mnie jeszcze nie kręcą. Ważne, żeby czuć swoją obecność obok. Dotykać się jakąś częścią ciała. Czasami przebudzić się tylko, żeby wyszeptać jakieś zaklęcia i tyle.

I tak jest ze wszystkim. Na początku chce się spędzać razem każdą chwilę. Każdą wolną chwilę. Wszystko wokoło, całe życie zdaje się w tym przeszkadzać. Odlicza się sekundy do bycia razem. A potem to odpuszcza, daje miejsce na swobodę. Na swoje życie. Oczywiście nie chodzi o sławne „razem, ale osobno”, bo nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że ta więź potrzebuje czasu na zbudowanie, potrzebuje czasu przesiąknięcie sobą wzajemnie. I to potem już wystarczy. Później, z biegiem lat, nic tego już nie zachwieje. Żadne podróże służbowe, żadne wyjazdy do klientów na drugi koniec kraju, czy Europy, czy też do dostawców na drugi koniec świata. Geograficzne odległości przestają mieć znaczenie. To wszystko jest już wessane w nasze synapsy. Tak jak nie jest żadnym problemem wyjście na kawę z kolegą czy koleżanką (bo doskonale się czuje różnicę miedzy „kawą”, a „randką” i nigdy się tego nie używa zamiennie, bo „randka” z założenia ma furtkę, której „kawa” nie ma, ale to na inny temat).

Inni ludzie są nam potrzebni, bo jesteśmy istotami szalenie społecznymi, ale to wszystko już nie ma wpływu. Jak dwie kołdry, które służą już tylko wygodzie.

Gdy jest dobrze, to nie trzeba mieć wszystkich pasji, czy hobby wspólnych. U mnie to oczywiste, że kocham teatr, operę, chodzenie po galeriach i filmy polskie (tak, dużo jest dobrych), kocham też samotnie spędzać czas, kocham pójść do fitness klubu. kocham czytać książki, które jego kompletnie nie interesują. On ma swój świat, który mnie kompletnie nie interesuje, albo rzadko i nie udaję, że jest inaczej. Jest mnóstwo rzeczy, które jego interesują a ja nawet nie wiem dobrze, o co chodzi. I nie muszę. Mamy swoje światy, swoje pasje. Ale mamy też wspólne obszary,  które są tak nasze, że bardziej nie można. I są nasze i budują naszą bliskość. Czasu jest dość na wszystko i nikt z niczego nie rezygnuje w ramach jakiegoś kompromisu. Przynajmniej nie mamy takiego poczucia. Ale to przyszło z czasem. To jak bonus za wspólne życie. Za wspólną wolność.

Dlatego dwie kołdry są dobre, bo świadczą o jakimś kolejnym etapie.

Znam takich, którzy mają też dwie sypialnie i się umawiają na wspólne noce. Nie wiem, na dziś nie jest to mój etap i nie wiem czy będzie, ale wiem, że tak z czasem być może i wiem, że nie mogę tego oceniać, bo tego po prostu nie znam. Może, może za 20 lat… jak taki czas przyjdzie. Ale wiem jedno, jeśli ludzie tak mają i mówią, że się kochają, to znaczy, że tak jest.

Nikomu nic do tego.

Miłość ma tyle definicji, ilu ludzi, którzy ją definiują.

Najważniejsze, że jest. Naprawdę najważniejsze, że jest i daje tak niemożliwie piękną wolność w związku.

Reklamy

4 myśli na temat “Dwie kołdry, czyli do poduszki o miłości

  1. Ja z moim mężem nabyłam drugą kołdrę po dwóch miesiącach małżeństwa 😉 Kiedy pierwszy raz to zaproponował, pomyślałam, że to byłoby świetne rozwiązanie, ale chyba coś jest z nami nie tak, „jak to, OSOBNE kołdry?!”, ale dosłownie kilka dni później w rozmowie ze znajomymi wyszło, że oni także mają dwie i jakoś mnie to uspokoiło 😉
    A co do warstwy metaforycznej nasze przestrzenie zainteresowania są na tyle rozłączne, że czasem zastanawiam się jak to możliwe, że tak różni ludzie mogą tworzyć zgodny związek 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Podziwiam Was. U mnie spanie pod jedną kołdrą nie przechodzi, bo mąż po prostu śpi… na swojej, więc gdy mieliśmy jedną, to ja w którymś momencie nocy budziłam się mniej lub bardziej zmarznięta. No way, żeby spać „pod” jedną kołdrą 🙂

    Lubię to

  3. Zgadzam się tylko jeśli to metafora. Po 15 latach małżeństwa, a bycia razem jakichś 18: mamy swoje pasje, swoje światy w paru co najmniej obszarach, nie jest problemem wyjście na kawę… Ale kołdra zawsze jedna !

    Polubione przez 1 osoba

  4. My po 10 latach małżeństwa w ostatnią sobotę kupiliśmy kołdrę 200×220 ;D Bo wcześniej były dwie. 🙂 I z jedna wielką mamy już 100% komfortu.
    Ale rozumiem metaforę – nie chciałabym drugi raz przezywac tego stanu wariactwa, który był na początku. 😉 Tego rozedrgania, tego docierania się, tego szaleństwa – które dawało ekstra siłę do zycia, ale często też jej pozbawiało. Teraz jest dobrze – każdy ma swoją przestrzeń, ale często pragniemy być w tej wspólnej.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s