Szczególne okazje i rzecz o spacerowaniu

Kiedyś, kiedy nie było niczego, ludzie dzielili rzeczy na codzienne i na specjalne okazje. Ubrania, zastawy stołowe, sztućce, obrusy, buty. Wynikało to głównie z faktu, że te rzeczy były na tyle wartościowe, że miał im przysługiwać szczególny szacunek. Czasy się zmieniają, ale ten zwyczaj często nadal jest praktykowany.

Mnie szkoda życia na to.

Można by się zdziwić, ponieważ takie celebrowanie rzeczy jest wpisane w minimalizm i slow life. Ba, zdają się być jego fundamentami. No niestety, nie dla mnie. Ja kocham rzeczy dobrej jakości, ale nie ze względu na to, żeby je czcić, tylko ze względu na to, że bardziej cieszą oko i mają dłuższą i lepszą wytrzymałość i są z reguły po prostu o niebo ładniejsze, dopracowane, dopieszczone w szczegółach. Wiem, wiem.

Moja matka chrzestna mawia – nie stać mnie na rzeczy złej jakości. I ja też się tym kieruję. Mam niewiele, ale najlepszych rzeczy, na jakie mnie w danym momencie stać. Nie mam zastawy na co dzień i na szczególne okazje. Nie mam ubrać na co dzień i na szczególne okazje. Nie mam butów na szczególne okazje. Nie mam takiej kategorii „szczególne okazje”, bo moje życie jest dla mnie szczególne samo w sobie. Owszem, mam ubrania, które są dzienne, bądź wieczorowe, albo imprezowe, czy sportowe, ale to kwestia funkcji a nie okazji jako takiej. To znaczna różnica. Znaczenie ma też fakt, czy się w czymś wygodnie czuję, a niektóre z sukienek czy bardzo wysokich obcasów odbierają komfort. A tego szalenie nie lubię. Ale lubię czasami sobie zaszaleć i zrobić się na famme fatale. Gdyby to było wygodne, to stosowałabym codziennie. Ale nie jest 😉

Wolę mieć mało rzeczy, ale dobrej jakości (chociaż Marcin i tak uważa, że przejęłam szafę, jego półki i szuflady i jego życie oraz duszę). I liczę się z tym, że te rzeczy się po prostu, po bożemu, zużywają, albo nie nadążają za czasami. Z fizyką nie wygram. Ale też nie walczę i nie będę czegoś nie używać, bo się zużyje. Ma się zużyć. Ja to wszystko oczywiście szanuję, dbam, pielęgnuję, piorę w odpowiedniej temperaturze i w specjalnych preparatach, żeby kolor się zachował itd, dbam o rzeczy inne, nieubraniowe, buty do szewca noszę, żeby je dopieścił, gdy obcasy zniszczę prowadząc samochód (albo sama je skrupulatnie naprawiam), wiem, wiem jak dbać. Nie ma problemu. Ale gdy już jednak coś dogorywa, to dobijam, a nie reanimuję do granic nieprzyzwoitości. A potem idę po nowe. To moje slow life. Well 🙂

Taka jestem. Nie pielęgnuję tradycji rzeczy na specjalne okazje, bo moje życie jest specjalne każdego dnia.

(To ten rodzaj dramatyzmu. Jutra może nie być, więc co ja sobie będę żałować 😉 )

Tak. To jedno.

Ale jeszcze jedna sprawa, tak z okazji września. W ostatni weekend sierpnia wybrałam się na spacer. Samotny.  Marcin szalenie to we mnie lubi, bo ma czas dla siebie.

Czasami idziemy na spacer, żeby sobie pogadać, prawda? Więc zabieramy kogoś bliskiego, albo mniej bliskiego (sprawdza się też z ludźmi, których jeszcze słabo znamy. Ja tak np. czasami uskuteczniam znajomości internetowe, bo zdarza mi się przez to blogowanie poznawać ludzi, z którymi chce się spacerować 🙂 i idąc skupiamy się głównie na rozmowie i na tym, żeby się nie potknąć. Widoczki są jakby z tyłu. Świetna sprawa, tym bardziej, że mamy zdrowe i pożyteczne. Mięśnie sobie pracują, głowa też, relacja się buduje, jest miło.

Mamy też spacer w milczeniu. Mój równie ulubiony. Idziemy razem, ale każdy myśli o czymś innym i czasami tylko się zagada na jakiś nietrudny temat. Głównie chodzi o spędzenie czasu w milczeniu, ruchu i bez seksu. Dobre szczególnie w związku. Uwielbiam takie spacery z Marcinem, ale ja mogę z nim milczeć wszędzie i zawsze i też jest dobrze. O. Jak podróżujemy, to głównie milczymy. Serio. Jak mamy jakąś trasę na kilka godzin, to rozmowy jest z tego może max. 1 godzina. Lubimy razem milczeć. Cholerna zaleta dla mnie, bo ja się przez cały dzień z reguły wygaduję za całe lata świetlne i bardzo często nie chce mi się już gadać wieczorem. Wracając do spacerów, to świetne są takie spotkania i spacery tematyczne. Np. żeby pochodzić po galerii (sztuki!), zobaczyć jakąś wystawę, porobić gdzieś zdjęcia. Mało słów, dużo estetyki.

A na końcu ten, który ja sama kocham szalenie. Spacer samotny nad morzem. No po prostu uwielbiam raz na jakiś czas chwycić kluczyki (do morza mam wówczas jakieś 15 minut), telefon i słuchawki i wybrać się na spacer deptakiem między Gdańskiem a Sopotem albo brzegiem morza. To mój czas. Kilka godzin (bo kocham się zatrzymać, posiedzieć na piasku, popatrzeć na morze, albo mewy i rybitwy, popodglądać ludzi, romantyczne pary, młodzież siedzącą w kręgu – kurcze, też tak robiliśmy, co się z nami stało?), co ciekawe, młodzież siedząca nad morzem nie ma w rękach telefonów.

Ostatnio  widziałam taki obrazek, gdy byłam na Dniach Azji na UG. Studenci rozmawiali bez smartfonów w dłoniach. Rany, jak mnie ten widok cieszy, bo wiem, że kultura rozmowy jednak nie umiera. Ja szalenie tego nie lubię, gdy ktoś rozmawia ze mną i jednocześnie patrzy co chwila w telefon. Na szczęście w moim świecie rzadko to się zdarza, ale naprawdę nie mogę pojąć, po co się z kimś spotykać, skoro to spotkanie nie jest dość ważne, żeby się na nim skupić. Obustronna strata czasu, dlatego skracam takie męki możliwie i kończę takie spotkania błyskawicznie. Jak ktoś nie szanuje mojego czasu, bo sama to robię 😉 Niemniej, jak wspomniałam, w moim świecie to ewenement, więc to tylko dygresja. 

Ale wracając do spacerów.

Samotny spacer daje mi po prostu poczucie bezgranicznej wolności od wszystkiego. Jak chcę to przyspieszam, jak chcę, to idę tanecznym krokiem do muzyki z słuchawek, jak chcę, to uśmiechnę się do kogoś, kto zakotwicza spojrzenie w moich  oczach. Mogę wszystko bez dostosowywania się, bez narzucania swojego chcenia. Bo tak naprawdę większość tego co robimy z kimkolwiek, to z reguły efekt dostrojenia. Tylko robiąc coś w pojedynkę nie musimy nic narzucać, ani się dostosowywać. To szalenie fajne, szczególnie, jak się jest egoistką 🙂

Więc w ostatni weekend sierpnia poszłam na taki spacer. Wracając przez molo w Sopocie, usłyszałam „Kwiaty we włosach” (jeden z moich ulubionych kawałków!), ale tak bardzo na żywo i aż podeszłam zobaczyć, co się dzieje. W muszli przy molo akurat był koncert grupy „Klenczon projekt„. Matko, jakie to było niesamowite.

Jeśli ktoś lubi piosenki Czerwonych Gitar, to ucieszy go wykonanie w interpretacji właśnie tego zespołu. Są genialni i mają energię tamtych, nieznanych mi czasów, ale dali mi poczucie podróży w czasie, więc tak to pewnie wyglądało. To musiały być piękne lata, ale nasze są przecież fantastyczne.

Witaj wrześniu. Żegnaj lato na rok. Będzie mi brakowało chodzenia boso po plaży.

Gdy wracam po takim samotnym spacerze, Marcin rzuca z uśmiechem

– Szczęśliwa?

– Nawet nie wiesz jak 🙂

Advertisements
Informacje

emancypantka | kocham wolność i szukam równowagi między skrajnościami (smart&slow).

Tagged with: ,
Napisane w 100% bycia 40tką

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow LASARA on WordPress.com

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 216 obserwujących.

Instagram
Jakby ktoś chciał zacząć od początku, to tu. #begging #hel #poland #ilovepl #travelphotography Niezmiennie : równowaga między skrajnościami #madebyml #balans #stemple Nic nie musisz. Fajnie... Bo możesz. <wolność> #madebyml #stemple #wolność Dziękuję za miniony dzień #madebyml #stemple #thanks #likeapray #mantra #sea🌊 #sky #clouds #ship #sunyday #ilovepl #chillout #hel #nafalochronie #ontheway #piękna #foka #ilovepl #nature #animals #chillout
Licznik:
  • 35,016 hits
%d blogerów lubi to: