Uśmiechnij się, bo martwienie jest bez sensu

– A Ty się nie martwisz? – zapytała Karolina* po tym, gdy w ciągu 30 sekund wymieniła mi kilkanaście punktów, którymi się w życiu martwi. 99,9% to takie, na które nie ma wpływu, albo które wynikają w głównej mierze z jej podejścia. – Nie – odparłam świdrując ją wzrokiem. – O nic?? – dopytała.

– Nie, raczej nie. Bardzo rzadko martwię się, bo życie mnie nauczyło, że to dokładnie nic nie zmienia, poza moim nastrojem. Czasami sytuacja mnie przerasta, ale to chwile. 

– Ale nie możesz mieć pewności..- Karolina nadal nie odrywa ode mnie oczu.

– Oczywiście. Właśnie dlatego się nie martwię. – powiedziałam wzruszając ramionami. – Robię wszystko najlepiej jak mogę i potrafię w danej chwili i nie martwię się. Też jestem osobą z rozbudowaną wyobraźnią, ale właśnie dlatego wyłączyłam martwienie się. Okropny nawyk.

Ja bym tak nie mogła – odparła Karolina po chwili zastanowienia – czułabym, że tracę kontrolę nad wszystkim, a jak przestanę się martwić, to do tego wszystko przestanie się układać. Zmieniłaś się…

– Ale przecież martwiąc się nie masz nad niczym kontroli, a do tego to, co wymieniłaś i co się nie układa, to i tak się nie układa tak, jak byś chciała, więc po co jeszcze się martwić? Odpuść. Planuj, działaj i żyj.

– Ja tak jeszcze nie potrafię, a może nigdy nie będę umiała? – zadumała się.

– Cóż. Swoje wiesz i doskonale też wiesz, że to już zależy tylko od ciebie. Ja chciałam, bardzo chciałam wiele zmienić i to osiągnęłam. 

Kurcze. Ale po co tak sobie zatruwać życie?

Uśmiechnij się. I tak na większość nie masz wpływu.


Dawno, dawno temu, w jednej z mądrych książek przeczytałam, że po pierwsze praktycznie prawie nic z tego, o co się martwimy się nie spełnia (prawda jak diabli i w sumie każdy może na to wpaść), a po drugie, dobrze jest wyobrazić sobie, że to, czego się boimy najbardziej, się dzieje. Ba, napisać to. Przyznam, że przed wykonaniem tego zadania byłam skołowana. Potrafię tragizować bowiem i dramatyzować w oparach absurdu… I dzięki temu ćwiczeniu nauczyłam się z tym żyć i po prostu nie rozwijać tego daru przesady, bo poza okropnym odczuciem nie daje nic. Gdy wyobraźnia podsuwa mi jakieś okropne scenariusze, to po prostu przyjmuję je jako jedno z wielu, niekoniecznie znanych mi rozwojów sytuacji. Po prostu dopuszczam, że tak może być. Nawet jak pierwszą reakcją będzie poryczenie się. A potem mi przechodzi. Jak będzie, to zobaczymy co z tym zrobić dalej, a może nie będzie, więc nie ma tematu. Najważniejsze w tym jest, żeby się na tych czarnych wizjach nie blokować, nie koncentrować. One są jednymi z wielu.

To jak z  lotem samolotem. Za pierwszym razem można być przerażonym i oczywiście rozważać wszystkie możliwe katastrofy. Nikt nam tego z głowy nie wyrzuci. Ale gdy już przeżyjemy taki pierwszy lot, to każdy kolejny może nadal się wiązać z lękiem, ale już mniejszym, który może być nawet przyjemny, bo jest taki.. pokorny i szczery. Ważne, żeby ten strach nie blokował nas przed samym lataniem samolotami i fajnie jest jednak skupić się na tym, że to piękne przeżycie. Autosabotaż jest głupi. Jak każdy lęk, który blokuje nas przed jakimś działaniem, bo się tak boimy, że wolimy dalej nic z tym nie robić, albo robić ciągle coś, co jest – powiedzmy – zamiennikiem. Wiem, niektórzy tak idą przez całe życie.

Każda okoliczność, która powoduje niepewność, albo lokuje nas w niekomfortowej i za cholerę niechcianej sytuacji (nawet w pierwszym wrażeniu) wywołuje w nas reakcje dla nas naturalne. To jasne. Ważne, że to jest moment,  a nie stała i ta świadomość nie daje się martwić, bo zawsze jest jakieś wyjście. Przynajmniej, póki żyjemy. I ważne też jest, że takie chwile, tak naprawdę, zdarzają się bardzo, bardzo rzadko. Ważniejsza jest ciekawość życia, tego jak się wszystko potoczy, dokąd nas zaniesie, dokąd my się sami kierujemy. Narzekając czy martwiąc się nie zmieniamy nic. NIC.

Więc po co się permanentnie martwić tym, co jest po prostu życiem i jego składowymi? Że to niby bufor bezpieczeństwa? Serio??? Balast buforem? Hm.

Szkoda na to czasu, a już zaklinanie, że martwienie pomaga iść przez życie. No cóż. Mogę takim osobom życzyć tylko wytrwałości, bo to strasznie marnuje energię, którą można zupełnie inaczej spożytkować. Dla mnie martwienie się to też swego rodzaju kompleks Boga, bo człowiekowi się wydaje, że wyobrazi sobie wszystkie możliwe scenariusze i zastosuje wszelkie możliwe rozwiązania. Szczególnie, gdy naprawdę nie ma na coś wpływu. Serio, nie przewidzi się nigdy wszystkiego. Nigdy. Trafienie to oczywiście jakiś tam rachunek prawdopodobieństwa i mamy pewne magiczne moce – typu narzędzia do planowania – ale to obejmuje de facto tak wąski obszar życia, że szkoda gadać.

Ba, od kiedy przestałam się martwić, to… wszystko płynie. Nie wiem, jak to działa, ale to co jest mi potrzebne, to znajduję, albo samo do mnie „trafia”, to czego nie chcę mnie omija, albo ja umiem to omijać. Życie płynie, a ja przestałam jak ten łosoś walczyć z prądem, tylko płynę z własnym nurtem. To działa. Wiedzieć kiedy odpuścić, kiedy zawalczyć, kiedy zadziałać, kiedy odejść i dać odejść innym. Ale żeby to czuć, trzeba dać sobie do tego prawo. Prawo do dziania się rzeczy bez naszego udziału a za naszą zgodą. Prawo do zajmowania się czym innym.
Martwienie się jest pustym marnowaniem czasu. Ale wytłumacz to tylu matkom, żonom i kochankom, albo pracownikom czy szefom. Każdemu, kto martwieniem definiuje kontrolowanie sytuacji. No way. Człowiek sam musi to zrozumieć, poczuć bezsens zmartwienia, jak wcześniej widział jego sens. W każdym razie można i warto.

A tak na koniec, to czego w życiu nie musi nam brakować, to uśmiech. Bo uśmiechać się po prostu możemy. Nie potrzebujemy do tego żadnych powodów, a może i lepiej się uśmiechnąć, gdy powodów brak, gdy ich dramatycznie brak.

Uśmiech jest jak masaż duszy. Dla siebie. Nie jako poza. Dla siebie. To najprostsze narzędzie do radzenia sobie z życiem. Wymasowana dusza zupełnie inaczej pulsuje w nas, razem z sercem. Równiej i pewniej, bo spokojniej.

Dziś sobie pomyślałam, że czasami najlepszą odpowiedzią na pytanie „czemu się uśmiechasz?” jest „bo mogę”.

Nie zgodzę się ze słowami „łatwo ci powiedzieć”, bo bym tego nie powiedziała, gdyż naprawdę łatwiej to zrobić.

I też nigdy nie mówię nikomu „nie martw się”, bo doskonale wiem, że taki człowiek jest właśnie w swoim żywiole. Ale uśmiechać się i tak można. Zamartwianie się naprawdę nie musi zatruwać życia innym. W tym czasie lepiej skupić się na byciu szczęśliwym. To takie ulotne, że nie ma co przegapiać tego uczucia.

PS. Nuta na koniec. Na temat filmu każdy ma jakieś zdanie, ale o ścieżce ciężko powiedzieć złe słowo: 

Ellie Goulding – Love Me Like You Do

*Imię zmienione.

W jej ustach „zmieniłaś się” zabrzmiało jak komplement, chociaż wiem, że nie miała go na myśli. Ciekawa jestem, co powiemy sobie za rok.

Advertisements
Informacje

emancypantka | kocham wolność i szukam równowagi między skrajnościami (smart&slow).

Tagged with: ,
Napisane w 100% bycia 40tką, emocje prozą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow LASARA on WordPress.com

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 216 obserwujących.

Instagram
Jakby ktoś chciał zacząć od początku, to tu. #begging #hel #poland #ilovepl #travelphotography Niezmiennie : równowaga między skrajnościami #madebyml #balans #stemple Nic nie musisz. Fajnie... Bo możesz. <wolność> #madebyml #stemple #wolność Dziękuję za miniony dzień #madebyml #stemple #thanks #likeapray #mantra #sea🌊 #sky #clouds #ship #sunyday #ilovepl #chillout #hel #nafalochronie #ontheway #piękna #foka #ilovepl #nature #animals #chillout
Licznik:
  • 35,016 hits
%d blogerów lubi to: