Zwierzę się, jak zwierzę

„Stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”   Antoine de Saint-Exupéry 

Lubię siłę tego cytatu i jego uniwersalność.

Dziś jednak temat, który jest mi bliski, a ostatnio znowu się ożywił za sprawą znajomej i właśnie jej odpowiedzialności – ale w odmowie nabycia psa. Lubię odpowiedzialność w takim wydaniu.

Opowiem Ci o kotku. Też.

Nieobojętna tu jest też ostatnia sprawa, którą poruszyłam poprzednio

Całe życie mam jakieś zwierzę. Od dziecka rodzice pozwalali nam mieć jakieś zwierzątka (miałam wiele papużek i rybek i musiałam o to dbać, a jakże), a u dziadków miałam kota. W sumie 2. Pierwszy był „Gruby”, który był wielki, leniwy i „robił” za zasłoną, po czym szedł na ogród, czyli był wredny, a ja miałam kilkanaście lat i myślałam, że to normalne u kotów. Druga była „Biała”, którą jako już dorosła 16tka dostałam od ówczesnego chłopaka i która stała się ulubienicą mojej kochanej babci na kolejnych 16 lat. Tak, Biała długo dała radę, ale wszyscy w rodzinie uważaliśmy, że ostatnie lata żyła miłością mojej babci, która ją – wg rodzinnej legendy – codziennie reanimowała. Boże, uśmiecham się do tego wspomnienia z lekkim zaszkleniem oczu.

W każdym razie zawsze miałam jakieś zwierzątko. Czy to kota, czy papugi, czy królika (którego też dostałam od chłopaka, ale już innego), czy to koszatniczki (które podarował mi już mój mąż). Mąż z resztą jest fanem akwarium i długo mieliśmy 120l w „dużym” pokoju. Potem mieliśmy krótko kotkę, która była z nami tylko pół roku (nawet nie zdążyłam jej nazwać), bo się okazało, że miała raka mózgu. Objawiało się to tym, że kichała jak szalona i smarkała po ścianach. Weterynarz, którego wezwaliśmy do domu, powiedział, żeby dać jej spokój, bo to długo nie potrwa i nie ma sensu męczyć jej leczeniem. Szczerze, to to wszystko było dziwne. Po tej kotce powiedziałam „nigdy więcej zwierząt”, bo moje serce nie daje rady.

Miesiąc później M. nie wytrzymał mojego marudzenia o kota i mimo, że miał rezerwację na pięknego kociaka rosyjskiego (tzn nie wiem, czy pięknego, ale się domyślam, bo kotka dopiero była w ciąży, ale one są piękne) oznajmił pewnego dnia – Dziś pojedziemy do Gdyni. Tam są kociaki, jakieś podobno mieszańce, do zabrania.

Pojechaliśmy. Zobaczyłam dwa berbecie, małe i jeszcze kiwające się na nóżkach. Miały być gotowe do odebrania matce za miesiąc, więc właścicielka powiedziała, że możemy przyjeżdżać je odwiedzać. Pamiętam doskonale tę wiosnę, bo właśnie odebraliśmy z salonu nowiutki samochód i każdy pretekst do jazdy był dobry. Więc czemu nie odwiedzanie dorastających kotów? Tak, przyznaję, uważałam to wtedy za totalny odpał.

Ja rozumiem odwiedzać dziecko, które chce się adoptować, ale koty?? Korba. No i tak jeździliśmy. Były dwa kociaki. Zupełnie różne. Jeden czarny z biały krawatem – z ADHD, zaczepiał niemożliwie i się pchał na ręce. Zakochałam się w nim od razu. Drugi – bury, wstydliwy, chowający się za ubikacją (kotki z matką urzędowały w wielkiej, eleganckiej łazience obszernego domu). Ten to był totalna dupa.  Jakoś nie mogłam się do niego przekonać, chociaż przyznaję, był śliczny, aż przyszedł dzień wyboru.

Marcin powiedział twardo i kategorycznie – Wybieraj. – A Tobie który się podoba? – Zapytałam. – Ten za kiblem. – Odpowiedział.

I oboje spojrzeliśmy na wystający zza ubikacji ogonek.

No to wybieram oba – odparłam.

Jesteś pewna? – zapytał retorycznie.

Minut kilka później jechaliśmy do domu na sygnale z dwoma piszczącymi w transporterze kociakami.

Sielanka trwała jakieś 2 miesiące. Kociaki razem spały, razem się bawiły. Razem mieściły mi się w dłoniach. Imiona zostawiliśmy takie, jakie nadała poprzednia właścicielka, czyli Rambo (taki z niego wariat) i Czarek (taki czarujący), chociaż nadawanie ludzkich imion zwierzętom… dobra, zostawmy to.

Kociaki dorastały, aż pod koniec lata, Rambo wcięło (tzn. dosłownie zniknął, bo razem się bawili na balkonie, aż został sam Czarek). Myślałam, że przeszedł balkonami do sąsiadów (co mu się zdarzało), nawet obdzwoniliśmy ich, ale nikt nie stwierdzał u siebie obcego kota. Nie reagował na wołanie. Czarek siedział tylko na balkonie i patrzył przez szczebelki. Marcin obstawił, że Czarek brata po prostu wypchnął w trakcie zabawy, a ten wariat z ADHD pognał w dal (nisko mieszkamy, więc całkiem realne).

Ja byłam załamana, bo wcięło mojego ulubieńca. Owszem, był szalony i właściwie nie potrafił usiedzieć na miejscu. Nie zapomnę, jak (to było jeszcze w czasach, gdy miałam długie firany w pokojach) przebiegał mieszkanie, wdrapywał się po firanie pod sufit, zbiegał w dół, biegł przez mieszkanie i to samo robił w drugim pokoju. ADHD. Czarek natomiast od zawsze był mistrzem leżenia. Dopracował pozy i słodkie układy do perfekcji. I to mu zostało (zdjęcie w nagłówku to widok, który ostatnio zastałam przy łóżku po przebudzeniu).

Myślę sobie czasami, że Rambo po prostu uciekł. To nie był kanapowiec, to nie był nawet kot do mieszkania. Koty są tak różne, tak różne… Czarek jest kotem kanapowym, jest największym pieszczochem, jakiego widziałam wśród kotów. Zawsze da się pogłaskać, ba, sam przychodzi i się domaga miłości. Naprawdę przychodzi i miauczy, dopóki się go nie weźmie na ręce i nie poprzytula, albo chociaż nie pogłaszcze z litanią wyznań. Cza też na nas krzyczy, gdy już narobi do kuwety (nie lubi jak za długo zostaje). Wymusza jedzenie. Od jednego i drugiego z nas. Oszukuje w tym względzie bez pardonu, bo miauczy tak, jakby go zagłodzono prawie na śmierć (nie, nie chce odejść w ciszy z godnością ;-).

Albo wchodzi mi na brzuch i patrzy w oczy. Albo gdy się leży na kanapie bokiem, to przychodzi i się przytula do pleców. Tak, wyciąga się grzbietem wzdłuż kręgosłupa i śpi razem ze mną czy z Marcinem. Gdy kanapę zajmujemy razem, to kładzie się na nas. Oczywiście, gdy ma ochotę. I zasłania sobą cały ekran, albo wręcz przeciwnie, zawija się w puchaty kłębek i zasypia.

Albo gdy się budzę (uwielbiam to!), to często biegnie do mnie się przywitać. Poważnie. Otwieram oczy i słyszę tupot małych łapek. Albo w nocy, gdy idzie zjeść i chrupie o 2 nad ranem. Albo się napić, gdy idzie tak głośno, że wszystkie ciche kotowane patrzyłyby na niego z pogardą, ale umówmy się, nie miał kto go tego nauczyć. Instynkt instynktem, ale praktyka to podstawa. Jeśli polowanie polega na staniu przy misce i darciu się (nie, tego nie robi z godnością), to ciężko wymagać więcej.

Albo gdy mniej je, gdy któreś z nas wyjeżdża (a już zupełnie żyje prawie wodą, gdy wyjeżdżamy razem i zostawiamy go pod opieką zaufanej osoby, która przychodzi go nakarmić i dać wody oraz szlachetnie oczyścić kuwetę).  I tak jest z nami od jakichś 11 lat.

Kocham mojego kota niemożliwie. I wiem, że muszę mu to mówić codziennie, bo on nie wie, czy dziś też i przychodzi i patrzy i miauczy, dopóki nie powiem głaszcząc po główce, że go kocham.

Ale!

Tak, jest ale, którym chciałam właściwie poprowadzić całą notkę. Niestety, myślenie  o nim czasami mnie tak rozczula.

Ale posiadanie zwierzaka to jest naprawdę odpowiedzialność, której musimy się podejmować z podwójną rozwagą, niż w przypadku oswajania człowieka. Sorry za porównanie, ale dorosły człowiek szybciej ogarnie porzucenie, bo ma wolę, niż zwierzę, które tego po prostu nie zrozumie, a porzucone będzie cierpiało już  na zawsze.

 Zwierzę to jest odpowiedzialność. Owszem, bywa rozkoszne, nie zapominajmy jednak, że czasami może zachorować (nie chcę mówić, ile tysięcy kosztowało nas leczenie i operacje Cza a później karma weterynaryjna przez kilka lat). Ale też nie ma „zlituj” – gdy widziałam jak cierpi (Marcin też przecież), to nie mogłam na to patrzeć. Cierpienie w oczach zwierza, jest nieznośne, a w oczach takiego, które się kocha, już zupełnie rozrywa serce.

Tak samo odczuwam tę miłość, gdy oczyszczam ubrania z futra, gdy rezygnuję z ubrania z jakiegoś materiału, bo wiem, że nie doczyszczę z futra. Gdy zdarza mu się zwymiotować na dywanik. Albo obok. Albo gdy nie trafi do kuwety, bo ma swoje lata. Wiele różnych drobiazgów, które wiążą się z żywym stworzeniem w domu i które mogą być problematyczne, jeśli ktoś się z nimi nie liczy (niszczenie rzeczy to ekstremum, ale też widziałam i doświadczyła tego moja poprzednia ukochana kanapa. Trudno – obecnie mamy kanapę z materiału odpornego na drapanie kota i łatwo się ją pierze).

Ale tak jest, posiadanie zwierzaka (mam problem ze słowem adopcja, bo dla mnie adopcja dotyczy wyłącznie dzieci, no niestety, nie przełamię tego i tak, wiem, że to powszechna nazwa), a więc posiadanie zwierzaka to nie są same fiołki. Ba, może ich być tak naprawdę mało, bo są zwierzęta, które pozostają dalece autonomiczne i wcale nie lubią się miziać i rzadko dadzą się pogłaskać czy przytulić. I nie „pogadają” z człowiekiem za bardzo, bo nie. Ale wiem, bo widziałam takie jednostki i takie relacje, że takie zwierzęta też się pięknie kocha. I co? Trzeba dać im czas, żeby one się oswoiły. A to po prostu nie musi nastąpić, albo tylko trochę. Wyrozumiałość.

Albo trzeba wyjechać na dłużej, bo praca, bo życie, bo cokolwiek? I co? To zwierzę – jakie by nie było -, to mu nie wytłumaczysz swojego postępowania. Ono nie poszuka sobie kogoś nowego. Ono już zawsze będzie tęsknić, dopóki ktoś się nim nie zaopiekuje, ze zwielokrotnioną miłością, wypełniającą to porzucenie.

Zwierzę przywiązuje się bardzo zero-jedynkowo. Ono nie stopniuje przywiązania, stopnia relacji itd. Nie grupuje innych w social networku. Nie buduje relacji zawodowych i prywatnych. Nie kasuje kontaktu, gdy coś daje do tego powód. Jeśli przywiązuje się do człowieka, to rozstanie (bez względu na przyczyny) musi przebiec w naprawdę możliwie najdelikatniejszy sposób. Najbardziej stopniowy. Żeby zwierzę mogło się oswoić. I to zawsze będziemy mu dłużni. Nawet oddając je do schroniska, czy do kogoś innego, zróbmy to chroniąc je możliwie przed cierpieniem.

Ciężko mi się o tym pisze, bo ja sobie nie wyobrażam oddać Czarka, ale to tylko teoria, bo gdyby miał np. z jakiś względów zagrażać mojemu zdrowiu, czy zdrowiu Marcina, albo gdybyśmy przenosili się do innego kraju, to pewnie oddałabym do kogoś z bliskich, kogo zna z odwiedzin u nas i żeby go odwiedzać u tych osób. Chociaż na dziś naprawdę ciężko mi o tym nawet myśleć, tylko nie mówię, że to jest niemożliwe i nigdy bym go nie oddała i że to godne potępienia. Bo to absurd.  Wiem, że byłoby to bardzo trudne, ale na pewno zrobiłabym wszystko, żeby rozłąka go jak najmniej bolała, czy niepokoiła.

Wszystko się może zdarzyć. Jednak z tego miejsca, bardzo proszę każdego, kto zdecyduje się oswoić zwierzę, żeby przedtem obiecał sobie, że nie będzie go krzywdził. Oswojone zwierzęta są nam bardzo uległe wbrew pozorom (chyba że ktoś chce trzymać w domu tygrysa, to już inna sprawa). One są dalece ufne. Ufne w naszych kategoriach.

Wiele razy się tej ufności przyglądam z zadumą. Gdy kot śpi mi na kolanach, albo na środku przejścia (tak, lubi położyć się tak, że musimy przez niego przeskakiwać), albo gdy je cokolwiek się mu da, widzę ten uśpiony instynkt. Zupełną i skrajną ufność, która mogłaby go w naturze zgubić. To są te chwile, gdy ja też ufam jemu, bo nie raz gdy mi liże bez powodu stopę, mówię, żeby spadał, bo ja jeszcze żyję 😉

Posiadanie zwierzaka, to odpowiedzialność, która powinna wgryzać się w serce, a nie tylko życzenie „Ja chcę pieska”, które może wygasnąć, jak każdy kaprys (ja bym chciała pandę, tak na marginesie). Myślę, że jak słodki, albo wręcz odwrotnie – „niedotykalski” –  ten piesek czy kotek nie będzie, to pamiętajmy zawsze, że on też ma emocje. Mniej lub bardziej zrozumiałe dla nas, ale o wiele łatwiej zranić taką istotę niż człowieka. Oswajając, po prostu o tym pamiętajmy, że musimy to oswojenie już zawsze pielęgnować, bądź przypilnować, aby oswoił ktoś inny. Oswojenie zabija ich instynkt, a to jest po prostu niebezpieczne dla nich. Odbiera im naturalną barierę ochronną, naturalne mechanizmy. Nie można zostawiać pustki. Zwierzęta potrafią umierać ze smutku. Nie wiem, czy ktoś świadomie na to pozwoli…

Kochajmy zwierzęta odpowiedzialnie. Jeśli nie mamy serca, cierpliwości, środków czy warunków, to lepiej „adoptujmy” tylko przez wpłaty na fundacje, czy WWF, czy inne Greenpeace.

Ja osobiście wiem, że to jest miłość, której warto doświadczyć i jeśli warunki opieki można spełnić, ma się pewność, że zwierzak nie będzie zaniedbany, to nie ma co się obawiać, tylko przygarnać i pokochać i dbać, bo nie ma co się bać. One same się nas boją (jak widzimy, czasami słusznie) i warto to zmieniać na wszelkie sposoby.

Tylko błagam, odpowiedzialnie, bo tak naprawdę miłości potrzebuje każda istota.

A Czarek to już ostatni kot w moim życiu…

Polecam porady z tej strony LINK

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s