Bezradność dorosłych XXIw.

Chyba nie ma osoby, która nie słyszałaby o samobójstwie 14-latka. Dyskusje się kręcą wokół jakiś absurdów, ale to nic nowego.

Im więcej jednak komentarzy, tym bardziej kwitnie we mnie wstyd za współczesnych dorosłych ludzi.

Ustalmy coś, coś szalenie istotnego: 14-latek to jest dziecko. Tak, ja wiem, że żyjemy w popieprzonych czasach i wiele rzeczy stoi na głowie. Seks, narkotyki, pseudodorosłość, bezstresowe wychowywanie, zero autorytetów, zero dyscypliny i rodzice wypruwający sobie żyły, żeby tym swoim dzieciom „wszystko” zapewnić, nie zapewniając im w sumie nic wartościowego, co wniosą w życie, po skończeniu gwarancji. Wychowywanie to bardzo trudny proces i tego nikt nie neguje, ale też po prostu wielu rodziców się go w ogóle nie podejmuje. Bywa. Że to niby patologia? Nie, proszę Państwa. To standard.

Bo, do cholery jasnej, gdzie się podziała biologiczna, elementarna i podstawowa odpowiedzialność za dzieci??? Skoro założono, że dziecko jest dzieckiem do pełnoletności, to gdzie są ci rodzice?

Z tych wszystkich komentarzy, dyskusji bije po oczach żenująca bezradność dorosłych. Żenująca. Bo szkoła to nie wie, bo rodzice to też nie wiedzą, bo nikt nie wie, co z tym zrobić i jak i dlaczego i w ogóle dzieciak sam sobie jest winien, bo słaby był.

Ludzie, czy tak was porąbało? Czy wy widzicie, co odwalacie i na co patrzą nastolatkowie? Jak wygląda ta wasza bezradność? Brak zasad, brak konsekwencji, brak dyscypliny i wymagań, bo jak widać prościej jest oddać się świętej pracy aby zarobić na „wszystko” dla dziecka niż poświęcić czas na jego wychowanie i oddanie się temu trudowi wpojenia tego i owego.

Ja jestem z pokolenia, w którym zasady były tak jasne, że aż bolało czasami dosłownie.

Jak dzieciak coś przeskrobał, to rodzic brał go do osoby pokrzywdzonej celem złożenia przez dziecko przeprosin. Jak dzieciaki przesadzały w gnębieniu słabszego w stadzie, to również rozmowa kończyła się u dyrektora szkoły (który miał autorytet) i również jako pogadanka między rodzicami. Nie było w tym nic dziwnego. Dzieciaki (czyli mniej więcej do pełnoletności), miały respekt przed rodzicami i nauczycielami (których niekoniecznie się lubiło, ale nauczyciel to nie status na fejsie i gdzieś tam pokazywało to, że czasami nie wszystkich, którym akurat jakoś podlegamy, albo jesteśmy od nich zależni, musimy lubić). Krótka piłka i każdy znał swoje miejsce. Oczywiście, że zasady się łamało, bo jakże by inaczej, ale każdy wiedział, jakie ryzyko na siebie bierze. To ryzyko było z reguły skutecznym hamulcem, bo jeśli ktoś się nie hamował, to wylatywał ze szkoły do poprawczaka. Jednostki zbyt zbuntowane były izolowane, ponieważ miały zwyczajnie skutecznie zły wpływ na resztę. To imponuje. Jak dziś bycie hejterem i na normalnych portalach, czy blogach hejterów się eliminuje, bo ją jak zbuki. Dziś bycie zdyscyplinowanych cechuje już chyba tylko elitarne, tradycyjne szkoły prywatne, bo tam nigdy nie odstąpią od elementarnych zasad.

W każdym razie, świat był prosty.

W tym zakresie był prosty. Jedna rzecz była jednak tak rażąco właśnie różna od dzisiejszego świata – dorośli byli dorośli. Dzieciaki były dzieciakami. Każdy wiedział, gdzie jest jego świat. Nikt nie miał wątpliwości. Dziś jak czytam dorosłych, to naprawdę głupio się robi. Jak czytam niektóre dzieci, to wiadomo. Ale dorośli na to pozwalają.

Niesamowite jest, jak bezradni są dorośli, jak nie potrafią sobie wyrobić autorytetu. Jak ktoś jest normalnym rodzicem, to się staje bohaterem i wyjątkiem. Bo ogarnia swoje dzieci. WOW. Serio. Wśród znajomych to sobie jak legendy opowiadamy o takich rodzicach, którzy mają zdyscyplinowane dzieci i o dzieciach, które są inteligentne, obyte, mądre, fajne. Co te dzieci na dziś głównie cechuje? Mądrzy rodzice, którzy nie włączają telewizora, żeby się ich pozbyć, tylko siadają z książką i czytają o świecie.

Jakimś cudem dawna patologia stała się normą. Dawna norma jest dziś luksusem.

Zupełnie jak z jakością.

Robię wielkie oczy, gdy rodzic mówi „Muszę wziąć nadgodziny, żeby kupić synowi firmowe ubrania na treningi, bo z sieci żadnej nie ubierze”.

Serio 🙂 Tak mówi dorosły mężczyzna. Czekam na jakieś „żartowałem”, ale nie ma go.

Dorośli, wybaczcie, ale jesteście tak bezradni, że dzieciaki w szkołach robią co chcą, a wy latacie i się skarżycie kuratorom, narzekacie na szkolnictwo, szukacie prywatnych szkół, żeby tylko ktoś zabrał z was odpowiedzialność, wymyślacie jak możecie i rozkładacie ręce, bo macie trudne dziecko. A bije z was po prostu bezgraniczna bezradność, w ramach której próbujecie kupić co się da, żeby tylko nie wziąć na siebie odpowiedzialności za wychowanie. Za mozolne wpojenie zasad, szacunku, respektu, pilnowania granic, które sami powinniście wyznaczać. Każde dziecko jest generalnie trudne. To żywe srebro i trzeba mu nadać jakiś kręgosłup, a wy nie umiecie tak często się tego nawet podjąć, woląc oddać to innym.

Dramat 14-latka tak, ale to po prostu kolejny dramat procesu wychowawczego.

I szkolnictwa i rodziców i otoczenia, bo ten chłopak to tylko jeden z wielu zagubionych dzieciaków, które nie wiedzą, do kogo mają się udać w razie problemów, których tak naprawdę nikt dorosły sobie nie życzy, bo w swojej bezradności i tak nie wie, co z nimi zrobić. Dorośli stworzyliście sobie piękny świat, w którym muszą dorastać wasze zagubione dzieci, udające dorosłych ze smartfonem w ręku, które mają w oczach „daj”, bo więcej ich nie nauczyliście. Które mają przyjemność z dręczenia słabszych, innych.

I co będą o was myślały te dzieci za 10, 20, 30 lat? Gdy będą w waszym wieku?

Czy to was nie martwi? Nie smuci? Po to chcieliście mieć dzieci?

Rodzice, weźcie się rozejrzyjcie i zacznijcie w końcu w realu rozmawiać między sobą. Nie tylko o nowym przedszkolu, alergii, ubrankach, ale o wychowywaniu. Odsuwając starsze pokolenia odsunęliście mądrość tradycji, która mimo swoich wielu wad jest wstępem do dorastania w zasadach, które pozwalają dobrze, społecznie funkcjonować. Odsunęliście dyscyplinę, której pewnie sami nienawidziliście jako dzieci, ale może ona była kluczem do wyrośnięcia na „ludzi”?

Życzę was otrzeźwienia.

„Za moich czasów” dzieci nie były aż tak zagubione, w każdym wymiarze. Mieliśmy swoje smutki, problemy, jak to dzieci, ale nie było tak, żeby ktoś się posuwał do samobójstwa. Dorośli chronili dzieci, a one między sobą też znały granice, bo były wychowywane, nawet jeśli byle jak, to jednak były wychowywane.

To, co się dzieje teraz, to po prostu wielki, wielki obraz bezradności dorosłych.


Gdybym umiała rysować, to bym narysowała kilkulatka, ciągnącego za sobą tablet i stojącego przed mamą oraz dialog:

Chłopiec: mamo, jak żyć?

Mama: nie wiem, wyguglaj sobie

Reklamy

2 myśli na temat “Bezradność dorosłych XXIw.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s